Piosenki

czwartek, 29 maja 2014

Rozdział 13.

Jakimś cudem doszłam do Wielkiej Sali i bardzo ostrożnie usiadłam na swoim miejscu. Między Potterem a Granger.
-Wyglądasz na zmęczoną i wściekłą zarazem-oznajmił Ron.
-Jakby się ktoś Ciebie głupio pytał i odpyskowywał mu złośliwie,a za to dwa razy więcej ćwiczył niż reszta to też byś tak wyglądał-warknęłam-W dodatku jestem jedyną dziewczyną w drużynie Moody'ego-dodałam. Zaśmiali się i zaczęliśmy jeść-Mam na dzisiaj dość,a jeszcze muszę iść do dyrektora-sapnęłam. Poczekałam,aż wszyscy wyjdą i wstałam. Podeszłam do dyrektora Dumbledore'a. Pogratulował mi wstąpienia do drużyny debili i dał miotłę. Minubus 1000 najlepsza i najszybsza miotła. Mogą ją mieć tylko Szukający. Za dwa tygodnie mecz. Podziękowałam za miotłę,okryłam ją szarą płachtą i poszłam do siebie...
Jak szybko potrafią zlecieć te dwa tygodnie. Zaskakujące tempo. Pierwszy tydzień leżałam sobie spokojnie w skrzydle szpitalnym,bo przyjebał mi tłuczek. Piłka wielkości mojej głowy z dużą siłą wjebała we mnie i zleciałam z miotły. Jeden minus tego. Malfoy też trafił do skrzydła szpitalnego. Był cały w siniakach i miał wstrząs mózgu. Jest też plus. Mogliśmy się wyzywać na okrągło. Pełna nienawiść. Musieli nas rozdzielić,bo jedno łóżko mnie nie powstrzymało od rzucenia się na niego z pięściami. Ja byłam w jednym końcie wielgachnego pokoju,a on w drugim. Codziennie odwiedzali mnie przyjaciele i debile z drużyny. Iwanow też raz przyszedł,ale jak mu podbiłam oko odpuścił sobie przychodzenie do mnie. Drugi tydzień się nade mną znęcali. Trzy razy więcej ćwiczeń to lekka przesada. Draco wyszedł dwa dni przed meczem,a mnie musieli pilnować,żebym przypadkiem nie zrobiła. Przebieram się oddzielnie od tych zboczeńców. Nauczyli mnie zamykać się w szatni na klucz. Związałam włosy w wysokiego kucyka i mocno zasznurowałam buty. Wyszłam z szatni w tym samym momencie co debile i ruszyliśmy na boisko z miotłami. Pierwszy wyszedł James,potem debile wyszli gęsiego. Na samym końcu ja. Jestem ich "tajną" niebezpieczną bronią. Ruszyłam przed siebie kiedy te cwele dały mi znak. Dumnie krocząc z miotłą w ręce stanęłam z pokerową twarzą przy drużynie.
-Czyżby Gryffoni znaleźli sobie Szukającego? Ależ tak! I to nie byle jakiego! Szukającą Gryffindoru jest Clarissa Hell!!-komentator był zdziwiony i radosny tak jak reszta. Strzepnęłam z mojego ramienia łapę Iwnowa. Niestety stałam koło niego.
-Macie grać czysto! Bez żadnego gryzienia,czarowania i spychania z mioteł!-oznajmiła McGonagall. Wszyscy polecieli w górę,ale ja zostałam. Kiedy wypuścili wszystkie piłki. Tłuczka,złotą małą kuleczkę ze skrzydełkami i inne duperele nadal stałam na ziemi. Zauważyłam złotą kuleczkę ze skrzydełkami i dopiero teraz wzleciałam w górę. Moim celem jest to szybkie cholerstwo ze skrzydełkami. Moim zadaniem jest złapać tą kulkę i wygramy. Przeleciałam obok grających debili. Zrobiłam szybki unik przed tłuczkiem wysłanym na mnie przez Ślizgonów Warknęłam coś pod ich adresem i ruszyłam za piłeczką. Niestety nie byłam sama. Szukający Ślizgonów też ruszył za piłeczką. Lecieliśmy ramię w ramię ale w końcu go wyprzedziłam. Liczyła się tylko ta piłeczka i nic więcej. Wyciągnęłam rękę po nią ale ta wredna mała piłeczka skręciła. Zrobiłam koziołka i ruszyłam za nią. Wleciałam między drewniane deski i w miarę je omijałam...
                                                                   ***
-Aaa!-pisnęła Hermiona widząc jak brunetka wywija koziołka.
-Spokojnie. Nic jej nie będzie-starał się ją uspokoić brunet w okularach. Brunetka uspokoiła się i obserwowała jak jej przyjaciółka wlatuje między deski,a za nią szatyn ze Ślizgonów. Co chwilę tłuczek rozwalał deski,ciskany przez Malfoya. Brunetka była tak zajęta ściganiem piłeczki,że nie zwracała uwagi na to co dzieje się dookoła niej. Tłuczek trafił ją w ramię przez co spadła z miotły i trzymała się jej tylko jedną ręką. Po chwili siedziała już na miotle i zawzięcie goniła złotą kulkę. Po jakichś dwóch godzinach zleciała z miotły i runęła prosto na ziemię. Podniosła się do klęczek i chwyciła za szyję. Potter i Granger zerwali się na równe nogi i zaczęli do niej biec. Była blada jak trup i nagle coś zalśniło w jej ręce. Oboje stanęli jak wryci i patrzyli na jej rękę.
-Gryffindor wygrywa dzięki pięknej i niebezpiecznej Clarissy Hell!!! Złapała Znicza!!! Proszę państwa co za emocje....!!-zaczął krzyczeć do mikrofonu komentator.
                                                                ***
Dusiłam się. Podniosłam się do klęczek i złapałam za gardło. Zaczęłam kaszleć. Po chwili wyciągnęłam z ust złotą skrzydlatą piłeczkę,którą prawie połknęłam. Patrzyłam na nią tępo i dopiero po chwili zorientowałam się,że to Znicz,a my wygraliśmy. Przez tą cholerną piłeczkę o mało się nie udusiłam! Po chwili wstałam i lekko się zachwiałam przez brunetkę,bo się na mnie rzuciła z przytulasem. Dołączyli też te debile jebane i stałam jak posąg w grupowym uścisku. Nie byłabym sobą gdybym tego nie skomentowała. Od razu się odsunęli i zostałam tylko w uścisku Hermi.
-Dusisz-jęknęłam,bo zabrakło mi powietrza. Oderwała się ode mnie z szerokim uśmiechem. Ślizgoni byli zawiedzeni swoim Szukającym. Nie chce się przechwalać ale Szukający jest najważniejszy z całej drużyny. Chyba przeszłam do historii. W końcu to o mało złotego Znicza nie połknęłam...
W sumie mamy wolne dziś od szkoły ale ja zamierzam pochłaniać naukę. Niech znają moją łaskawość. W końcu wpierdoliłam Malfoyowi za to,że zabrał Hermi szklaną kulę. Unikam jak ognia Iwanowa. Cwel chce zaprosić mnie na bal. Dobry powód do unikania go? Dobry. Tak więc w czasie wolnym,wślizgnęłam się do biblioteki. Harry,Ron i Hermiona też tu siedzieli i gapili się na mnie.

Jakby tego było mało. Drużyna też tu była,razem z Iwanowem. Jak błyskawica wleciałam między półki i ukryłam się za jakimś regałem. Uff. Nie zauważyli mnie. Już miałam przemknąć do Ksiąg Zakazanych,gdy wyrósł przede mną...Iwanow. Miałam ochotę uciec z krzykiem albo się rozpłakać. Jak on mnie znalazł? Popatrzyłam na swoje paznokcie. Wydawały się bardzo interesujące,bardziej niż Iwanow.
-Połowa dziewczyn się w Tobie zakochała,a Ty akurat mnie musisz prześladować?-zapytałam z wyrzutem. Roześmiał się. To nie jest zabawne! To tragiczne!
-Powinnaś być szczęśliwa,że akurat Ciebie prześladuje-odpowiedział.
-Ale nie jestem!-warknęłam-Zostaw mnie w spokoju-zażądałam i ominęłam go.
-A jak nie zostawię,to co?-zaczął się ze mną droczyć. Grr!
-To nic. Daję Ci do zrozumienia,że nie jesteś w moim typie-odpowiedziałam.
-Jestem w typie każdej-stwierdził z uśmiechem.
-A czy ja wyglądam na każdą?-zapytałam przerażająco spokojnie.
-Nie-odpowiedział.
-No to się odwal ode mnie!-warknęłam i wyminęłam go.
Na Wielką Salę szłam jak żółw. Jestem głodna jak wilka ale nie zamierzam siedzieć przy jednym stole z drużyną. Weszłam do Sali razem z Potterem. Pożegnałam się i wolniej od ślimaka szłam do stołu. Usiadłam pomiędzy bliźniakami.George'em Weasley i Fredem Weasley. Oczywiście powitali mnie po swojemu czyli poczochrali moje włosy.
-A tyle je układałam!-jęknęłam. Wyczochrałam im obu włosy,które teraz stały na wszystkie strony. Polubiłam ich. Wszyscy ucichli i odwrócili się do dyrektora Dumbledore'a.
Austin Black.
-Chciałbym powitać nowego ucznia naszej szkoły! Austina Blacka!-oznajmił i wskazał na chłopaka ręką. Został przydzielony do Griffindoru. Wywróciłam oczami. Zjadłam obiad i wstałam od stołu. Przeszłam ławkę i podeszłam do moich przyjaciół. Usiadłam obok Pottera.
-Nie będą źli,że usiadłaś z nami?-zapytał Ron.
-Zjadłam z nimi obiad. Powinno ich to cieszyć,że nic im nie dosypałam do zupy-odpowiedziałam. Zaśmiali się z mojej odpowiedzi. Zarobiłam pięć szwów na prawym przedramieniu od tłuczka. Taka znajomość jest groźna. Ja tą znajomość przetrwałam i tylko rana mi o niej przypomina.
-Ziemia do Clary!-powiedział rozbawiony Potter machając mi przed twarzą ręką.
-Hę?-mruknęłam,na co się zaśmiali.
-Kiedy masz iść na ściągnięcie szwów?-zapytała Hermi.
-Za dwa lub trzy dni-odpowiedziałam.
-Uwaga Snape tu idzie!-pisnął blady Ron. Zmiana tematu!
-Hermiona Strasznie chrapie w nocy-palnęłam pierwsze lepsze co mi wpadło do głowy.
-Ja nie chrapę!-zaprzeczyła brunetka.
-Nie,wcale-mruknęłam.
-Ciekawe czy na opiece o zwierzętach będzie pytać-zastanowił się głośno Potter. To akurat mieliśmy wspólnie.
-Ja tam to nie uważam na jej lekcjach-powiedziałam.
-A jak Cię weźmie do odpowiedzi?-zapytał Ron.
-Pierdole to-stwierdziłam.
-Słownictwo Hell!-upomniał mnie lodowaty głos. Zbyt dobrze wiem do kogo należy-Minus dziesięć punktów-dodał Snape.
-Jakby pan słyszał mnie na treningu to uszy,by panu odpadły-powiedziałam. Polazł kogoś innego upominać.
-Uwziął się na Ciebie-stwierdził Potter.
-Żeby to tylko on-mruknęłam-Założę się,że jeszcze dzisiaj mnie weźmie do odpowiedzi-stwierdziłam.
-Szkoda,że nie mamy razem lekcji-westchnęła Hermi.
-Nie martw się. Odrobimy to na Opiece Nad Zwierzętami-pocieszyłam ją. Wstaliśmy od stołu i ruszyliśmy do klas. Obrona Przed Czarną Magią. Nawet nie zdążyłam usiąść na krześle obok Pottera,bo Snape wziął mnie do tablicy. Posłałam brunetowi spojrzenie mówiące "A nie mówiłam?",ten się zaśmiał. Ten cham napisał na tablicy zadania z lekcji,o której się nie uczyliśmy. Dobrze,że przeczytałam cały podręcznik. Zrobiłam te głupie zadania i posłałam nauczycielowi triumfalny i wredny uśmiech. Usiadłam na swoim miejscu. Nauczycielowi zaczęło nie pasować usadowienie wszystkich,więc je zmienił. Zgadnijcie z kim siedzę. Z Malfoyem. Na początku nie było tak źle. Kilka wyzwisk i szturchnięć. Ale potem się zaczęło. Wylałam na jego włosy atrament. Odwdzięczył się tym samym. Tyle,że ja teraz miałam czarne włosy,a nie granatowo-zielono-różowe. Cała klasa pękała ze śmiechu. Niestety mieliśmy cztery lekcje ze Snape'em. Weszłam do Wielkiej Sali z wrednym uśmiechem i teraz już pustą butelką atramentu. Pomyślałam,że lubi też niebieski i fioletowy. Tak więc weszłam pierwsza,a zaraz za mną już nie blondyn. Cała sala ryknęła śmiechem na jego widok. Usiadłam pomiędzy bliźniakami.
Fred i George Weasley.
-To Twoja sprawka?-zapytał Fred,pokazując na Malfoya.
-Uczę się od najlepszych-przytaknęłam. Zjadłam szybko dwie bułki i o mało nie zabijając się o sznurówki usiadłam między Granger,a Potterem,który kończył opowiadać wydarzenia z ostatnich czterech godzin.
-Do twarzy Ci z czarnymi włosami-powiedział Nowy.
-Wyglądam jak Snape. Ze mną jeszcze nie jest tak tragicznie jak z tym klaunem-stwierdziłam. Zaczęliśmy się śmiać ale po chwili przestaliśmy,bo obok mnie usiadł Iwanow i Malfoy-Podobają Ci się włosy?-zapytałam złośliwie kolorowo włosego.
-Jak się nie zmyją to Cię uduszę-warknął.
-Pocieszyłabym Cię ale mi się nie chce-oznajmiłam. Klaun odszedł od naszego stolika mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa,za co odjęli mu punkty.
-Czego?-zapytałam chłodno Iwanowa.
-Zostaniesz moją dziewczyną?-zapytał,a ja od razu wyplułam herbatę i zaczęłam się krztusić. Kiedy z pomocą Pottera jakoś się uspokoiłam.
-Nie-odpowiedziałam śmiertelnie poważnie. Po twarzy Iwanowa wiedziałam,że łatwo się nie podda.
-Dlaczego nie?-zapytał.
-Bo nie i już!-warknęłam.
-Musisz znaleźć inne wytłumaczenie niż "bo nie" i "nie jesteś w moim typie"-powiedział. I co teraz?
-Bo Cię nie lubię-wypaliłam.
-Ale ja Cię lubię-powiedział.
-Nic mnie to nie interesuje-oznajmiłam i wyszłam z Sali.
Dobry miesiąc go unikałam albo uciekałam. A co najbardziej mnie przeraziło to to,że chyba go bardzo lubię. Właśnie uczyłam się Historii Magii,kiedy drzwi się otworzyły do mojego pokoju. Nie odrywałam oczu od książki. Jak się nie nauczę połowy podręcznika to nie zgam z SUM'ów.
-Hermi wyszła na randkę z Ronem,Harry-oznajmiłam,przewracając kartkę.
-To dobrze-powiedział Iwanow,zabierając mi książkę. Zabijałam go wzrokiem.
-Tam są drzwi-oznajmiłam,wskazując na drzwi i biorąc następną książkę do ręki. Znowu mi ją zabrał. Spokojnie,mam ich pod dostatkiem na łóżku.
-Wiem gdzie są drzwi-powiedział,zabierając mi książkę. Za szóstym razem się poddałam.
-Dobra! Czego che...-nie dokończyłam,bo mnie pocałował. Wiecie co ja zrobiłam? Oddałam go!
-To co? Mam uważać to za tak?-zapytał,patrząc na mnie badawczo kiedy się ode mnie odkleił.
-Nie!
-Tak?
-Nie!!
-Nie
-Tak!!-podniosłam głos i walnęłam się z otwartej dłoni w czoło,lewą ręką-To znaczy Nie!-już miałam go zwyzywać za to,że wziął mnie takim głupim sposobem. Pocałował mnie w usta bardzo długo i namiętnie.
-Spotkamy się na śniadaniu,skarbie-powiedział i ruszył do drzwi.
-Nie mów tak do mnie! Nie jestem Twoją dziewczyną i nigdy więcej mnie nie całuj!!-krzyknęłam wściekła.
Znałam na pamięć wszystkie książki,więc powinnam zdać sumy. Weszłam do klasy i od razu usiadłam w ławce z Malfoy'em (siedzimy tak na wszystkich lekcjach przez Snape'a). Napisałam wszystko i oddałam kartki.
Rzuciłam się na łóżko wyczerpana. Testy tak mnie zmęczyły,że od razu zasnęłam...
Obudziłam się w środku nocy,wypoczęta. Coś mi tu nie gra. A! Wiem! Nie ma Hermi. Ubrałam czarne spodnie,glany,bokserkę i skórzaną kurtkę. Wyciągnęłam miotłę z pod łóżka i otworzyłam okno balkonowe. Weszłam na miotłę i jak strzała poleciałam w stronę zakazanego lasu. Nabrałam wysokości (żeby nikt mnie nie zobaczył) i rozglądałam się za Hermi.Była centralnie tuż przy Zakazanym Lesie. Schyliłam się i ruszyłam na dół. Z lądowaniem jakoś mi nie wychodzi dlatego runęłam na trzech kolesi ubranych na czarno. Oni jedni trawę,a ja z nich wstałam.
-Chociaż raz miękkie lądowanie-powiedziałam do siebie. Podeszłam do Hermi-Co tu robisz?-zapytałam się jej.
-Dostałam sowę od Rona,że mam przyjść pod Zakazany Las,ale to była pułapka-odpowiedziała.
-Nadal jest pułapką-wtrącił jeden z trzech kolesi,na których wpadłam.
-A Ty co tutaj robisz? Jak przyszłam to smacznie spałaś-zapytała. Rozmasowałam bolący tyłek.
-Chciałam sobie polatać w nocy-odpowiedziałam sarkastycznie-Nie było Cię jak się obudziłam i stwierdziłam,że się nie uśpię jak Cię nie ma i nie chrapiesz-odpowiedziałam-Muszę się nauczyć lądować. Wstyd. Szukająca nie umie lądować,a umie się prawie udusić złotym Zniczem-mruknęłam do siebie.
-Jak wyjdziemy z tego cało to Cię nauczę-obiecała Granger. Zaczęłam szukać mojej miotły,bo wypuściłam ją jak tylko zaczęłam "lądować".
-Tego szukasz?-zapytał rozbawiony głos. Przeniosłam swoje spojrzenie z trawy na kolesia,który trzymał moją miotłę.
-Tak. Możesz mi ją już oddać-powiedziałam wyciągając rękę w jego stronę. Oni się tylko zaśmiali,a ten który trzymał moją miotłę wrzucił ją do lasu. Zacisnęłam dłonie w pięści,wściekła i już miałam się na niego rzucić z pięściami,ale przerażona Granger złapała mnie za prawe przedramię. Blizna zapiekła,a ja cicho syknęłam.
-Porąbało Cię? Jest ich trzech,a my dwie. Mają różdżki,a my nie!-powiedziała cicho. Zaśmiałam się cicho. Rozśmieszyła mnie.
-Jak myślisz,czemu Malfoy wylądował w skrzydle szpitalnym z wstrząsem mózgu i taki poobijany?-zapytałam ją. Jej źrenice się rozszerzyły.
-Ty go tak stłukłaś?-odpowiedziała pytaniem na moje pytanie. Uśmiechnęłam się.
-Strasznie niebezpiecznie chodzić w nocy po zamku jeśli ktoś ze mną zadarł-potwierdziłam.
-Ty głupia suko!-warknął zamaskowany koleś i walnął mnie w twarz. Moja ręka automatycznie,powędrowała do policzka. Cała trójka wymierzyła w nas różdżkami. Doskonale wiedziałam,że to MÓJ koniec,ale nie Granger. Wysłałam myślową wiadomość kilkum profesorom i dyrektorowi Dumbledore.
George Weasley








                                        *******************************
Hej! Jak rozdział? 13 komentarzy=następny rozdział (jak jutro napisze,to dodam. MOŻE)
MOŻECIE KOMENTOWAĆ TYLKO RAZ (CHYBA,ŻE USUWACIE SWÓJ KOMENTARZ I PISZECIE INNY). DOTYCZY TO SZCZEGÓLNIE KAROLINY NOWAK.














Granger

wtorek, 27 maja 2014

Rozdział 12.

Leciałam i leciałam...w dół. Aktualnie leciałam do Hogwartu w nowoczesny sposób. Po co? Nie mam pojęcia. Widocznie chcą mnie wykształcić na czarodzieja albo mają wojnę i w ten sposób gwarantują mi bezpieczeństwo. Zgłupieć można. Zakończyłam randkę z grawitacją i przyszła kolej na randkę z ziemią.  Wleciałam prosto na Wierzbę Bijącą. Jak mnie chlasnęła gałęzią to znalazłam się na skale.
-Zachciało im się mnie teleportować na jebaną żywą wierzbę-warknęłam do siebie i jakoś wstałam z mchu i trawy. Zakręciło mi się w głowie i zwymiotowałam za skałę. Popatrzyłam na swoje ubranie. Czarne spodenki,bokserka,kurtka skórzana,rękawiczki bez palców też skórzane i buty za kostkę. Teraz można jeszcze dodać czerwone nogi. Otrzepałam ubrania i omijając szerokim łukiem ruszające się drzewo weszłam do lasu. Po jakiś piętnastu minutach zobaczyłam jakąś czarną postać nad białym koniem...jednorożec! Są bardzo czyste i mają srebrną krew. Rzuciłam się z pięściami na czarną postać. W jednej chwili uciekła z sykiem. Rąbnęłam na ziemię z hukiem. Szybko się otrząsnęłam i podeszłam do ledwie żyjącego jednorożca. Jeszcze chwila i by zginął...Uzdrowiłam go potężnym zaklęciem po którym zwymiotowałam. Jednorożec doszedł do siebie po chwili i teraz stał zlękniony przede mną. Przekazałam mu poprzez wizję,że jestem przyjacielem i pomogłam mu. Powiedzmy,że mogę włazić do umysłu innego człowieka i przekazywać mu myśli.obrazy,usuwać lub zmieniać wspomnienia. Jedyna przydatna rzecz. Poprosiłam konia,żeby zaprowadził mnie na skraj Zakazanego Lasu,w którym obecnie stoję. Koń ruszył,a ja podążyłam za nim. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Koń jak tylko zobaczył postać w białej szacie uciekł. Podeszłam bliżej czujna. Siwowłosy starzec czekał na kogoś.
-Dyrektor Hogwartu? Profesor Albus Dumbledore?-zapytałam niepewnie. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się miło.
-Tak to ja. A Ty zapewne musisz być Clarissa Hell-odpowiedział. Przytaknęłam-Co Cię tu sprowadza?-zapytał. Zastanowiłam się głęboko.
-Przysyła mnie Triest. Mam się tu uczyć i być w miarę normalną "czarodziejką"-odpowiedziałam z namysłem.
-W miarę normalną "czarodziejką"?-zapytał marszcząc brwi. Ruszyliśmy do zamku.
-Nie jestem czarodziejką. Jestem Jeźdżćcem i Łowcą w jednej osobie. Władam magią jak każdy czarodziej ale nie potrzebuje kawałka badyla by czarować. Niestety zablokowali mi talent Łowcy i nawet jakbym chciała nie nauczę się władać mieczem czy nożami-opowiedziałam mu całą historię,kończąc pod wielkimi drzwiami do Wielkiej Sali. Jest rozpoczęcie roku i wszyscy czekają tylko na profesora Dumbledore'a i mnie. Weszliśmy do Sali. Ja stanęłam przy grupce nastolatków przy lekko zniszczonej przez lata gadającej Triadzie Przydziału,która ma mi wskazać gdzie będę przynależeć. Do Gryffindoru,Slytherinu,Hufflepuffu albo Ravenclawu. Uczniowie przyglądali mi się zaciekawieni ale ignorowałam ich i starałam się nie myśleć co będzie jeśli trafię do Slyterinu.
                                                            ***
Wreszcie nastała moja kolej. Usiadłam na stołku,a triada znalazła się na mojej głowie.
-Gryffindor!-oznajmiła triada po chwili. Okrzyki radości wzniosły się na całą Salę. Usiadłam obok jakiejś brunetki.ciemnego bruneta i rudego chłopaka. Od teraz to mój stół.
-Jestem Hermiona,a to jest Harry i Ron-przedstawiła się brunetka i pomachała do mnie (siedziałam koło niej) jej towarzysze też do mnie pomachali i szczerzyli się jak idioci.
Draco Malfoy.
-Jestem Clary-odpowiedziałam z uśmiechem.
 Przynajmniej mam już troje znajomych. Gadaliśmy ponad pół godziny do puki Hermi nie zbladła i patrzyła na coś za mną.
-Co jest? Zobaczyłaś ducha?-zapytałam zdezorientowana.
-Zobaczyła największego złośliwca w historii ludzkości-odpowiedział za nią Ron,który też zbladł.
-Niemożliwe! To ja jestem złośnicą w historii ludzkości-mruknęłam i odwróciłam się. Blądwłosy chłopak o ciemnych oczach szedł w naszą stronę z dwoma "gorylami"-Że niby ten cwel jest złośliwszy ode mnie?-zapytałam z kpiną.
-Draco Malfoy-szepnęła przerażona Hermi. Prychnęłam i wróciłam do zabijania widelcem jedzenia.
-Czego chcesz?-zapytał ostro Potter.
-Przywitać nową uczennicę szkoły Carysse-odpowiedział Malfoy.
-Komitet powitalny się znalazł-mruknęłam pod nosem odwracając się. Wstałam z ławki. Byłam równa z chłopakiem wzrostem dzięki wysokim butą-Mam na imię Clarissa,krasnoludku-warknęłam,patrząc na niego wyzywająco.
-Uważaj mała bo może Ci się coś stać-odwarknął wściekły. Udałam przerażoną co go usatysfakcjonowało.
-Mała to jest...-nie dokończyłam bo przerwało mi chrząknięcie z boku.
Draco Malfoy
Draco Malfoy
Draco Malfoy
Severus Snape
Cała nasza piątka popatrzyła w prawo. Czarnowłosy mężczyzna o bladej cerze stał obok nas. Uśmiechnęłam się niewinnie.
-Masz szczęście,że dopiero zaczyna się rok szkolny i macie dzień wolny i bezkarny-powiedział,przeszywając mnie swoimi prawie czarnymi oczami.
-Dobrze wiedzieć-mruknęłam pod nosem i uśmiechnęłam się szeroko. Wraz z moimi nowymi przyjaciółmi wyminęłam krasnala i wyszliśmy z Wielkiej Sali. Pozwiedzaliśmy zamek do późnego wieczora. Oczywiście ostatni punkt to biblioteka. Ron i Potter się zmyli twierdząc,że mają jakąś sprawę do załatwienia. Hermi zmyła się po piętnastu minutach. Przeczytałam połowę biblioteki. Było już po ciszy nocnej,więc szłam w miarę cicho. Moje szczęście nie trwało długo,bo w pobliżu wieży Gryffonów wpadłam na kogoś. Ups!
-Przepraszam,zamyśliłam się-powiedziałam,wstając z zimnej kamiennej podłogi. Chłopak też wstał i jednym wprawnym ruchem oświetlił różczkę.
Dimitry Iwanow.
-Nie szkodzi-odpowiedział uśmiechając się do mnie. Przystojny brunet o czekoladowych oczach i wysoki-Wiesz,że jest cisza nocna?-zapytał,kiedy zlustrował mnie wzrokiem.
-Wiem. Zasiedziałam się w bibliotece-odpowiedziałam,wymijając go. Kiedy tylko zniknęłam za drzwiami mojego pokoju,który dzieliłam z Hermioną,odetchnęłam z ulgą. Przebrałam się w piżamę i położyłam na łóżku. Zasnęłam od razu.
-Rano obudziła mnie Hermi. Wzięłam prysznic w ekspresowym tempie i ubrałam pierwsze lepsze ciuchy i "płaszcz" czarny z godłem Griffindoru. Związałam włosy w wysokiego kucyka,złapałam książki w biegu i wybiegłam z pokoju. Zleciałam po schodach do pokoju wspólnego,gdzie reszta na mnie czekała. Wyszliśmy razem na śniadanie. Na śniadaniu stwierdziłam,że za wszelką cenę będę unikać chłopaka,na którego wpadłam. Nie będzie łatwo,bo jest z Griffindoru...Ale to nie będzie nie wykonalne. Zjadłam dwie kanapki z dżemem i przeczytałam cały podręcznik do trzeciej klasy. Jestem w trzeciej klasie! Pierwsze co mam to Obrona Przed Czarną Magią ze Snape'em,a potem Nauka jazdy na miotle. Okazało się,że mam lekcję z Harrym,bo Hermiona i Ron mieli Eliksiry.
Kiedy zajęliśmy miejsca wszedł czarnowłosy mężczyzna (trup z wczoraj). Okazało się,że będzie nas uczył za jakiegoś innego nauczyciela. W połowie lekcji drzwi się otworzyły,a ja zobaczyłam tego samego chłopaka,na którego wpadłam po ciszy nocnej. Zaczęłam starannie pisać notatki mając nadzieję,że chłopak mnie nie zauważy.
-Dzień Dobry Panie profesorze-przywitał się z nauczycielem i rozejrzał po klasie.
-Dzień Dobry Iwanow-odpowiedział nauczyciel. Nadzieja matką głupich bo wzrok chłopaka zatrzymał się na mnie. Zaczęłam jeszcze szybciej pisać notatki wpatrując się w zeszyt i nie podnosząc wzroku-Co Cię tu sprowadza?-zapytał wredny facet. Na początku lekcji wziął mnie do odpowiedzi ale jakoś wybrnęłam.
-Nie co lecz kto-mruknął chłopak-Dyrektor chce porozmawiać z panną Hell. Jest tutaj?-zapytał patrząc na nauczyciela.
-Nie ma mnie-mruknęłam pod nosem-To ja-odpowiedziałam chłopakowi niechętnie,nadal pisząc notatki. Dlaczego ja? Co ja takiego zrobiłam światu? Wzięłam książki i wstałam.
-Możesz wyjść z lekcji-oznajmił mi wredny trup. Ślimaczym tempem ruszyłam za Iwanow'em. Zerknęłam jeszcze na Pottera z nadzieją,że jakoś mi pomoże. Jednak on siedział nieruchomo w wpatrywał się w podręcznik. Kiedy tylko wyszliśmy z klasy chłopak oparł się o ścianę. Zamknęłam drzwi od sali i czekałam cierpliwie aż się ruszy ale nic na to nie wskazywało. Jedyne co zapewniało mnie,że jeszcze żyje to unosząca się klatka piersiowa i mruganie. Cały czas mnie obserwował.
-Zmyśliłeś tą historyjkę z dyrektorem,prawda?-zapytałam go.
-Jest w połowie prawdziwa. Dyrektor chcę z Tobą porozmawiać ale na przerwie-odpowiedział.
-To po jakiego grzyba mnie wyciągałeś z lekcji?-zapytałam zła.
-Chciałem się Ciebie coś spytać-odpowiedział po chwili z lekkim wahaniem.
-I tylko po to mnie wyciągnąłeś z lekcji?!-zapytałam wściekła lekko podnosząc ton głosu. Przytaknął. Wzięłam głęboki wdech i w myślach policzyłam do dwudziestu (tak na wszelki wypadek). Kiedy otworzyłam oczy chłopak był bliżej mnie. Zbyt blisko...Cofnęłam się kilka kroków w tył,by utrzymać bezpieczną odległość.
-O co takiego chciałeś mnie spytać co nie mogło poczekać do przerwy?-zapytałam lekko złośliwym tonem.
-Miałabyś ochotę się ze mną umówić?-zapytał. Nie wiem jak on ale nie odpowiem dopóki nie będę wiedziała co jest grane. Udaję,że się zastanawiam i włamuje się do umysłu nieświadomego bruneta. Kolejny zakładzik o przelecenie mnie? Kto pierwszy ten wygrywa?!
-Musiałoby mi walnąć na mózg-mruknęłam pod nosem-Nie-odpowiedziałam zachowując twarz pokerzysty.
-Jak to nie?!-chłopak był zdziwiony.
-Normalnie. Przeliterować?-zapytałam ze złośliwym uśmiechem. Dimitry Iwanow był zbyt pewny siebie i chyba nie pogodził się z prawdą,że mu odmówiłam. Odwrócił się na pięcie i tak po prostu odszedł...Jak ja mam kurwa teraz dojść do dyrektora?! A chuj z tym! Poczekałam na Harrego. Zostawiliśmy książki w pokojach i razem wyszliśmy przed zamek na trawę. Starsza kobieta z siwymi włosami spiętymi w kok i długiej sukni stała przed grupką nastolatków i mioteł. Mioteł!! Normalnie myślałam,że tam padnę ze śmiechu. Ja na miotle...Hahaha! Podeszliśmy do Hermiony i Rona,którzy stali na uboczu i o czymś zawzięcie gadali.
-Czego chciał od Ciebie Dimitry?-zapytał zaciekawiony Potter.
-Umówić się ze mną-odpowiedziałam znudzona.
-Zgodziłaś się?-zapytała Hermiona.
-Chyba Was pojebało! W życiu się z nim nie umówię! On chce mnie tylko przelecieć dla głupiego zakładu!-chyba powiedziałam za dużo...
-Skąd wiesz?-zapytał Ron.
-Usłyszałam jak rozmawiał z kolegami przypadkiem-skłamałam.
-Chcecie zobaczyć co dostałam od Wuja?-zapytała retorycznie i wyciągnęła z kieszeni piękną szklaną kulę z jakimś herbem rodowym-Jest dla mnie bardzo ważna...-nie dokończyła bo obok mnie śmignęła blond czupryna i zabrała brunetce szklaną delikatną kulę...
Pani McGonagall została wezwana na chwilę do dyrektora. Zakazała nam używać mioteł i poszła. Malfoy ze szklaną kulą w ręce,poleciał na miotle do góry.
-Ty jebany krasnalu! Jak nie oddasz jej kuli to Cię rozkwaszę na kwaśne jabłko!-krzyknęłam mrużąc groźnie oczy i patrząc na tego frajera. Zrobił kółko i zaśmiał się.
-Jak tak bardzo ją chcesz to sama ją sobie weź-odkrzyknął i uśmiechnął się złośliwie. Lekko zirytowana wsiadłam na miotłę i skoczyłam do góry. Leciałam prosto na tego blond krasnala,który rzucił szklaną kulę w chuj wysoko...
-Nie!!-krzyknęła Hermiona bliska płaczu,trzymana mocno przez Rona.
-Z Tobą policzę się później-warknęłam w stronę tego cwela i trącąc go poleciałam w górę za szklaną kulą,która gdzieś zniknęła. Rozejrzałam się,nie zwalniając.Kula minęła mnie bardzo szybko. Zawróciłam i zaczęłam lecieć za nią z wyciągniętą ręką. Zbliżałam się niebezpiecznie do ziemi...W końcu złapałam szklaną kulę dwa metry od ziemi...W ostatniej chwili zawróciłam ku niebu i podleciałam do reszty klasy. Wyciągnęłam rękę z kulą i uśmiechnęłam się triumfalnie. Zaczęli krzyczeć z radości. Kiedy wylądowałam oddałam kulę właścicielce i zaczęłam iść w kierunku Malfoy'a.
-Panno Hell! Minus pięćdździesiąt punktów dla Gryffindoru! A teraz zapraszam za mną!-powiedziała "nauczycielka".
-Masz fuksa. Zobaczymy na jak długo-mruknęłam do blondyna. Odwróciłam się i ruszyłam za nią.
-Idziemy do dyrektora?-zapytałam ale nie odpowiedziała. Po kilku minutach weszłyśmy do jakiegoś pokoju chuj wie gdzie...i zgon! Iwanow i jakiś brunet siedzieli przy stole i o czymś zawzięcie dyskutowali ale kiedy zobaczyli tą francę przede mną umilkli.
-Znalazłam Wam Szukającego-oznajmiła. Oboje się uśmiechnęli,a ja skrzyżowałam ręce pod biustem.
-W takim razie jak się nazywa?-zapytał brunet zaciekawiony.
-Clarissa Hell-odpowiedziała i odsłoniła mnie.
-Po moim trupie-oznajmiłam ostro. Za chuja nie będę w drużynie z Nim.
-W takim razie Griffindor straci czwórkę uczniów-stwierdziła franca. Jędza! Podła żmija! Patrzyłam na nią z nienawiścią,której nawet nie ukrywałam.
-Dobra!-warknęłam i wyszłam z pokoju trzaskając drzwiami. Przerwa obiadowa! Oczywiście się troszeczkę spóźniłam przez te jebane korytarze. Weszłam do Wielkiej Sali wściekła.
-Wredna kurwa! Jebana suka!...-piękną wiązankę puściłam na McGonagall. Aż uszy więdły od mojej mantry. Wszyscy jedli i rozmawiali więc nie zwracali uwagi jak sobie przeklinałam. Usiadłam obok Pottera i Hermiony. Zaczęłam zabijać łyżką zupę,która wyglądała jak rzygi.
-Co się stało?-zapytał Potter lekko zszokowany,że mówiłam takie przekleństwa.
-McGonagall się kurwa stała!-odpowiedziałam lekko podniesionym głosem. Kurwicy dostałam...
-Jaśniej poproszę-zażądał Ron.
-Ta jebana wiedźma zabrała mnie do pokoju Iwanow'a i jakiegoś bruneta i oznajmiła,że znalazła Szukającego!-powiedziałam jaśniej,bardziej znęcając się nad zupą.
-I co? Zgodziłaś się?-zapytał Potter.
-Na początku nie ale wzięła mnie szantażem,że wyrzuci całą naszą czwórkę-odpowiedziałam,jeszcze bardziej znęcając się nad zupą.
-Ona już z pewnością nie żyje-stwierdziła brunetka i wyciągnęła z mojej ręki łyżkę.
-I co zamierzasz?-dopytywał się Potter.
-Jak to co? To co umiem robić najbardziej! Opierdalać się!-odpowiedziałam.
-Po przerwie objadowej przyjdź na boisko. Mamy trening-oznajmił Iwanow i odszedł.
-Gdzie podziewa się Malfoy?-zapytałam rozglądając się po Sali. Napotkałam tylko kilka spojrzeń drużyny,z którą mam niby trenować.
-Ma trening. Za dwa tygodnie mecz. Gryffoni kontra Ślizgoni-odpowiedział Ron.
-Czemu Oni siedzą przy osobnym stole?-zapytałam.
-Mogą spokojnie omawiać różne plany-odpowiedział Potter. Na tym się skończyła nasza rozmowa,bo skończyła się przerwa.
Razem z Granger szłyśmy w stronę boiska. Oczywiście się spóźniłam. Musiałam się przebrać,a ja jak chcę to potrafię przebierać się piętnaście minut. Brunetka poszła na trybuny. Ma wolne,bo jej zajęcia zostały odwołane.
-Dłużej się nie dało?-zapytał brunet kiedy tylko podeszłam do nich. Nie było ani jednej dziewczyny.
Kapitan drużyny Griffindoru. James Moody.
-Dało-odszczekałam się.
Trening to istna masakra. Dwadzieścia brzuszków, pięćdziesiąt pompek i inne wymyślne ćwiczenia. Za każde odszczekanie się miałam dwa razy więcej ćwiczeń. Jakoś się wyrobiłam do siedemnastej czterdzieści. A sporo miałam tych ćwiczeń...
Kiedy ledwie doszłam do pokoju wspólnego Gryffonów od razu,walnęłam na podłogę. Czułam każdy mięsień i żyłkę. Koszmar!
McGonagall









                                **************************************************


Co myślicie o tym rozdziale? 12 KOMENTARZY=13 ROZDZIAŁ. Skoro nie piszecie dużo komentarzy to będę wymuszać.














poniedziałek, 26 maja 2014

Rozdział 11

Nie wiem kiedy zasnęłam...
Obudził mnie potężny podmuch wiatru. Przetarłam zaspane oczy i rozejrzałam się. Nic ciekawego. Saphira wylądowała na jakiejś górze z uschniętym badylem i paprociami rosnącymi na nim. Zsunęłam się z jej grzbietu,kolana się pode mną ugięły i miałam nieprzyjemne spotkanie z ziemią. Stęknęłam i przeturlałam się na plecy. Po co mnie tu przyniosłaś? Nasza więź wzrosła i mogłyśmy się kontaktować nawet z dwóch krańców świata. Agadir zaprowadzi Cię do ludu,który się ukrywa przed resztą świata i szykuje na wojnę. Ja muszę coś załatwić i dołączę do Ciebie jutro.
Agadir. Smok Ziemi.

-Za długo przyleci?-zapytałam,powoli wstając. Po kilku sekundach znowu spotkałam się z ziemią,przez potężny ryk,który mnie zwalił z nóg. Co jest do jasnej ciasnej?! Wstałam zirytowana ponownym spotkaniem z ziemią i posłałam gniewne spojrzenie smoczycy-Po jakiego wała ryczysz?-zapytałam. Poczułam gorący oddech na plecach. Odwróciłam się i cofnęłam odruchowo. Wielka przerośnięta zielona jaszczurka z paprociami zamiast skrzydeł o chłodnych zielonych oczach lustrował mnie wzrokiem. Byłam lekko przerażona i zdezorientowana.
-Mała,delikatna dziewczynka...Czemu akurat ją wybrałaś?-zapytał zielony potwór. Zirytowała mnie ta zielona jaszczurka! Jestem niska fakt ale nie mała! Delikatna też nie jestem! Dziewczynką to już tym bardziej!! Zielony smok kiwnął głową i złapał zębami moją nogę. W jednej chwili wisiałam do góry nogami,bo jaszczur trzymał mnie za nogę. Ruszył gdzieś szybkim krokiem. Saphira odleciała.
-Puszczaj przerośnięta jaszczurko!-krzyknęłam i spróbowałam wyrwać nogę ale mi nie wyszło. Nie znudziło mi się to darcie na smoka. Po pięciu godzinach smok się zatrzymał,a ja uśmiechnęłam.
-Moje słowa zabolały?-zakpiłam z niego. Miałam chrypkę. Bez ostrzeżenia puścił moją nogę. Mam znakomity refleks,więc spadłam na nogi-Masz pecha-stwierdziłam.
-Jak Saphira z Tobą wytrzymuje?-zapytał. Udałam,że się zastanawiam.
-Jestem jej Jeźdźcem i mnie lubi-odpowiedziałam.
-Współczuję jej-oznajmił wrednie.
-Ja współczuję wszystkim,z którymi gadałeś-odszczekałam się. Zabijaliśmy się wzrokiem w ciszy. Żadne z nas nie miało zamiaru odpuścić.
-Agadir!-usłyszeliśmy pogodny głos. Ja i Smok popatrzeliśmy w stronę z kąt dochodził głos.
Triest. Łucznik.
 Elf o białych włosach z ptaszkiem na ręce i łukiem w drugiej stał kilka metrów przed nami-Kogo przy prowadziłeś ze sobą?-zapytał go mierząc mnie spojrzeniem.
-Jeźdźca Białego Smoka i wredną france-odpowiedział smok.
-Przerośnięta jaszczurka-odszczekałam się.
Kiedy weszliśmy do wielgachnego miasta wszyscy się na mnie gapili. Co ja zrobię,że lekko zdradzam to kim jestem? Musze przyznać,że jestem zgrabna w stroju Łowcy. Weszłam za Triestem do jakiegoś lokalu i od razu wszyscy popatrzyli na mnie. No co się gapicie? Zobaczyłam znajomą osobę i od razu znieruchomiałam. Co ona tu robi?!
Falen i Fez.
-Zaraz wracam-oznajmiłam białowłosemu i omijając zgrabnie stoły i ludzi podeszłam do Vaymai. Kiedy mnie zobaczyła zbladła i znieruchomiała. Patrzyła na mnie jakby ducha zobaczyła.
-Co Ty tu robisz?!-pisnęła przerażona. Rozejrzała się nerwowo.
-Powiedzmy,że uciekłam ze ślubu przed ceremonią-odpowiedziałam,robiąc minę niewiniątka.
-Ty chyba sobie żartujesz!-warknęła.
-Jakoś nie mam zamiaru z niczego żartować-oznajmiłam z przerażającym spokojem.
-Ktoś wie kim jesteś?-zapytała.
-Oprócz przerośniętej jaszczurki to on-wskazałam na Triesta.
-O której Ty wie?-zapytała.
-O Jeźdźcy-odpowiedziałam tak żeby tylko ona usłyszała.
-Ty wiesz w co się wpakowałaś przychodząc tutaj?-zapytała.
-Zostałam przy prowadzona do góry nogami i to przez przerośniętą jaszczurkę. Nie mówił,że będę miała kłopoty-powiedziałam-Saphira jutro przyleci i zniknę-stwierdziłam.
-Nie znikniesz,bo nie pozwolą Ci odejść-oznajmiła Vaymai.
-Zobaczymy-warknęłam. Poczułam mrowienie w znaku Łowcy. Wampir! Rozejrzałam się uważnie ale nie zobaczyłam żadnego. Zmarszczyłam i spięłam się. Wampir jest ukryty między elfami.
-Nie chce nic mówić ale wpadłaś w oko Falenowi-oznajmiła białowłosa i wskazała podbródkiem bruneta o czarnych oczach. Patrzył na mnie co jakiś czas.
-Nie jest w moim typie-stwierdziłam patrząc na nią jak na wariatkę.
-A kto jest?-zapytała zaciekawiona.
-Nikt-odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Usiadłyśmy przy wolnym stoliku z dala od ciekawskich spojrzeń. Gadałyśmy aż odebrało mi oddech. Ból był nie do zniesienia. Stęknęłam i złapałam się za ramię. Gdy smok cierpi.Jeździec razem z nim...Poczułam ciepło na dłoni i spojrzałam na nią. Krew! Saphira została zraniona...O mało ze stołka nie spadłam przy kolejnym ciosie.
-Co się dzieje?-zapytała spanikowana białowłosa. Starałam się utrzymać na stołku.
-Coś...złego...dzieje...się...z...Saphirą...-wystękałam i usłyszałam głośny ryk. Starałam się być przytomna...Kolejny ryk wściekłości i bólu...Rozpoznałam go..Saphira! Chwiejnie wybiegłam na zewnątrz i tuż przy lesie zobaczyłam mojego smoka i kilka czarnych postaci. Ogarnęła mnie wściekłość. Ruszyłam biegiem do dręczonego smoka.
-Clary!! Stój!!-krzyknął ktoś za mną ale ja tylko przyśpieszyłam. Wyciągnęłam dwa miecze i skoczyłam. Wylądowałam przed oprawcami mojego smoka i przyjęłam na siebie cios mieczem. Zrobiłam kilka szybkich ruchów i pięcioro z siódemki mężczyzn padło martwych na ziemie. Dwóch pozostałych rzuciło się na mnie ale zrobiłam unik i zablokowałam ich ciosy. To była zażarta walka ale w końcu ją wygrałam. Mężczyźni byli wampirami,teraz już martwymi. Schowałam miecze i podeszłam do smoczycy. Przytuliłam się do jej pyska.
-Tak się o Ciebie bałam-wyszeptałam i mocniej się wtuliłam w jej pysk.
-Jesteś ranna...
-Ty też-przerwałam jej i od razu zabrałam się za leczenie jej ran. Po chwili była zdrowa-Nie muszę leczyć ran. Po kilku godzinach same się zagoją i nawet blizny nie będę miała-oznajmiłam jej. Wsiadłam na jej grzbiet i wystartowała jak strzała. Uśmiechnęłam się i zamknęłam oczy. Przyjemnie jest latać. Smoczyca poleciała do Vaymai i Triesta.
-Wrócę za kilka godzin!!-krzyknęłam do nich,a biała smoczyca wzleciała do góry.
                                                                 ****
Właśnie wracałyśmy z małego wypadu do Triesta. Po drodze Saphira zahaczyła o jezioro i bawiłyśmy się świetnie w wodzie. Smoczyca wylądowała na środku sali treningowej dla wojowników i innych ludzi. Ześlizgnęłam się z siodła na jej grzbiecie i ruszyłam do chłopaka,zaraz za mną smoczyca. Wszyscy przerwali treningi jak tylko ją zobaczyli. Byli czujni i negatywnie nastawieni. Posyłałam wszystkim karcące spojrzenia jak tylko krzywo się na nią popatrzyli. Ona sama pokazywała swoje ostre zęby i warczała ostrzegawczo.
-Gdzieś Ty była?-zapytał zestresowany chłopak do którego przyszłam.
-Tu i tam..-odpowiedziałam wymijająco.
-Nic Ci nie jest? Wczoraj byłaś ranna-zapytał. Westchnęłam.
-Nic mi nie jest. Wczoraj to wczoraj-odpowiedziałam. Wywrócił oczami-Gdzie Vaymai?-zapytałam.











***********************************************************************************
Hej! Nie dodałam wcześniej rozdziału bo mnie nie było i nie miałam jak...Podoba Wam się?
















czwartek, 22 maja 2014

Rozdział 10 :].

Smoczyca wysadziła mnie blisko zamku. Weszłam do niego niezauważona i zaczęłam się wspinać po parapetach do okna Kaspiana,tylko tam świeciło się jeszcze światło. Kiedy już tam dotarłam zapukałam cicho do okna. Po chwili sam właściciel ze sztyletem w ręce mi otworzył.
-Masz szczęście,że nie jestem włamywaczem-stwierdziłam-Odsuń się od okna-poleciłam. Posłusznie się odsunął,a ja jakoś weszłam do środka. Podciągnęłam czarne duże spodnie i usiadłam na fotelu.
-Co Ty tu robisz?-zapytał zszokowany i zdezorientowany lustrując mnie wzrokiem.
-Siedzę-odpowiedziałam z ironią.
-Zwiałaś z ich zamku w środku nocy,ubrana jak mężczyzna?
-Nie miałam pod ręką innych ciuchów,bo moje gdzieś schowali. Odpowiedź brzmi tak.
-Nie chcesz wychodzić za mąż?
-Za nic na świecie nie wyjdę z przymusu!
-Pewnie skapną się wczesnym rankiem,że Cię nie ma-stwierdził.
-Pewnie tak. Mam przewagę pięciu godzin-oznajmiłam.
-Dwóch co najmniej-poprawił mnie.
-Przewaga to przewaga-mruknęłam. Oboje usłyszeliśmy szmery z dołu.
-Nie masz już przewagi-oznajmił.
-Na razie-pożegnałam się z nim i podeszłam do drzwi,podciągając spodnie. Wyszłam na korytarz i zmieszałam się z ciemnością. Bezszelestnie weszłam do swojego pokoju i ubrałam czarny strój Łowcy z całym uzbrojeniem. Z dziecinną łatwością wyskoczyłam przez okno i wylądowałam. Ruszyłam biegiem do bramy,mieszając się z ciemnością mroźnej nocy. Kiedy wbiegłam do lasu usłyszałam kopyta koni oraz wrzaski i krzyki. Mam szanse,konie są zmęczone,a ja jestem Łowcą moje nogi są przyzwyczajone do wysiłku. Przyśpieszyłam. Mijałam drzewa.strumyki,krzewa  i piękne kwiaty. Przede mną pojawiła się przepaść z porywistym jeziorem w dole.
-Raz się żyje-powiedziałam i skoczyłam. Nie leciałam długo ale wystarczająco,by wziąć głęboki wdech. W jednej chwili znalazłam się pd wodą. Wypłynęłam na powierzchnie i zaczęłam spadać w dół wraz z wodą...Wodospad! Nie minęło trzy minuty,a ja znów byłam pod wodą. Wypłynęłam na powierzchnię i zaczerpnęłam powietrza. Przeżyłam...Podpłynęłam do brzegu i wyszłam na ląd. Dobrze,że jestem Łowcą. Nic mi się nie stanie nawet jakbym skoczyła z chmur...chyba. Wlazłam na jakieś drzewo i zasnęłam z ręką na mieczu.
Obudziłam się o świcie. Jęknęłam i przekręciłam się na drugą stronę. Straciłam równowagę i spadłam w chaszcze. Wstałam,otrzepałam się,spięłam włosy w wysokiego kucyka i ruszyłam przed siebie. Po trzech godzinach weszłam do jakiejś wioski. Znalazłam się na jej dziedzińcu i zobaczyłam przywiązaną sznurami do jakiegoś bala przerażoną blondynkę. Wokół niej było trzech strażników. Widać,że znęcali się nad nią batami.
Ellie.
-Zostawcie ją!-rozkazałam stając za nimi w lekkim rozkroku. Nie usłyszeli jak nadchodzę,prawidłowo. Odwrócili się pośpiesznie,wyciągając miecze.
-Nie macie szans z tymi kijkami-zakpiłam,wyciągając swoje dwa miecze. Srebrno-złote z opruszony niebieskimi kropkami.
-Zabijemy Cię pierwszą-oznajmił jeden z trzech strażników. Zaatakowali mnie razem. Z dziecinną łatwością robiłam uniki,atakowałam i blokowałam ich ciosy. Po chwili wszyscy trzej leżeli nieprzytomni na ziemi. Podeszłam do dziewczyny i przecięłam liny wiążące ją z tym badylem.
-Uciekaj!-rozkazałam jej,popychając ją lekko do przodu.
-Dziękuję!-wystękała i ruszyła biegiem. Wypuściłam konie z zagrody. Kiedy usłyszałam szelest za mną natychmiast się odwróciłam. Elf-wojownik stał kilka metrów przede mną,a za nim dwudziestu
Ilmarin-Wojownik
żołnierzy. Normalnie to bym zwiała albo zaczęła krzyczeć albo jedno i drugie. Był w samych brązowych spodniach. Po prawej stronie ramienia,klatki piersiowej i trochę brzucha miał wytatuowanego pomarańczowego smoka chińskiego. Jego włosy ani rude ani blond były związane w warkocza ale i tak niesporne włosy plątały się po jego twarzy. Miał na lewej ręce kilka rzemieni,a na szui dziwny "talizman". Odwróciłam głowę w bok i z cichym śmiechem zorientowałam się,że mnie otoczyli. Żałosne. Oni nie wiedzą,że przed nimi stoi Łowca i bardzo dobra uciekinierka (w końcu to ja uciekłam z łóżka "narzeczonego" i nie dałam się złapać). To w porównaniu z tamtym to pikuś.
-Coś nie tak?-zapytałam rozbawiona. Normalnie zaczęłabym się śmiać ale powstrzymywałam się.
-Uwolniłaś dziewczynę,zabiłaś trzech naszych strażników...-zaczął recytować ale mu przerwałam.
-Są beznadziejni w walce tak jak Ty i reszta-stwierdziłam-Mam dobry dzień,więc są tylko nieprzytomni-poprawiłam go-Jak zejdziecie mi z drogi to może Was nie zabiję-oznajmiłam. Schowałam miecze na swoje miejsca i zmierzyłam go wzrokiem. Wyszeptałam niesłyszalnie "Alakares" i żółte oczy powróciły. Saphiro przylatuj! Nie żeby coś ale nie chce mieć krwi na rękach niewinnych osób. Po chwili biała smoczyca wylądowała obok mnie. Pogłaskałam ją po pysku i wsiadłam na jej grzbiet. Tym razem nie było siodła ale jej kolce ciągnęły się od pyska do samego końca ogona. Jedynie na barkach nie miała kolców. Wzbiła się w powietrze i ruszyła szybko gdzieś. Przytuliłam się do jej szyi i ściągnęłam blokadę z mojej głowy. Mogła patrzeć na moje wspomnienia.












**********************************************************************************

Hejka. Kutki ale jest. Podoba Wam się?







poniedziałek, 19 maja 2014

Rozdział 9 ^^.

Przyzwyczaiłam się do pobudki Kaspiana. To taki jakby rytuał. Nawet nie otworzyłam oczu kiedy mnie wrzucił do wanny pełnej lodowatej wody. Po wczorajszej wyprawie niestety nie znalazłam Sebastiana.
-Znajdź sobie inną pobudkę.To już na mnie nie działa,Kaspian-oznajmiłam mu.
-Jestem Urian,a nie Kasper-poprawił mnie.
-To znajdź sobie dobre wytłumaczenie-powiedziałam,otwierając oczy i wychodząc z wanny.
-Chyba wystarczy,jak Ci powiem,że jestem Twoim narzeczonym?-zapytał. To chyba zaraz mnie szlak trafi! Ciekawe co jeszcze mi nie powiedzieli.
-Nie ręczę za siebie-warknęłam i wyszłam z mojego pokoju trzaskając mocno drzwiami (o mało z zawiasów nie wypadły). Musiałam walczyć z grawitacją,bo byłam mokra,a woda ciurkiem ze mnie spływała. Pewnie mają teraz jakieś zebranie rady czy coś. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka.
-Nie wyjdę za Uriana!!!-wrzasnęłam na wstępie. Wszystkie oczy skierowały się na mnie. Zmrużyłam wściekła oczy i patrzyłam na Króla i Królową.
-A chcesz się przekonać?-zapytał Król nieźle wkurzony. Wyszczerzyłam się do króla.
-No pewnie-odpowiedziałam.
-Nie możemy się wycofać-oznajmiła Królowa smutno. Uważaj bo uwierzę!
-Nie mam zamiaru się z nikim żenić-oznajmiłam ostro.
-Twoje zdanie się tu nie liczy-wtrącił jakiś mężczyzna. Posłałam mu drwiący uśmieszek.
 Król Laurion (ojciec Uriena).
-Przed ołtarzem będzie-odszczekałam.
-Będzie brzmieć TAK-nie dawał za wygraną.
-Będzie brzmieć NIE-zaprzeczyłam. Nie wyjdę za niego i koniec kropka.
-To się okaże-mruknął.
-Będzie brzmieć NIE czy Wam się to podoba czy nie-oznajmiłam z szatańskim uśmieszkiem i wyszłam z Sali Obrad. Na schodach spotkałam Helen i Vaymai.
-Nie podoba mi się Twój uśmiech i nie chcę wiedzieć co zamierzasz-oznajmiła Helen.
-To naprawdę Ci się spodoba-powiedziałam.
-Co zamierzasz?-zapytała przestraszona białowłosa.
-Ja plus okno równa się wolność-podpowiedziałam.
-Zamierzasz uciec?-zapytała piskliwym głosem moja siostra.
-To na początek-mruknęłam,mijając je. Weszły ze mną do mojego pokoju. Przebrałam się w ciepłe spodnie szare,koszulę,długie buty i płaszcz. Włosy związałam w warkocza i wyszłam z dziewczynami.
-Idziemy na łyżwy-oznajmiła Helen.
-No to idźcie-powiedziałam i już miałam się odwracać ale złapały mnie za ramiona i zaczęły ciągnąć. Lud im znacznie pomagał,bo gdyby nie on nie miałyby szans-Ale ja nie chcę!!-krzyczałam i próbowałam się wyrwać. Po kilku minutach stałyśmy przed zamarzniętym jeziorem. Ubrały mi łyżwy na siłę i wypchały na jezioro. Wrzasnęłam i zaczęłam tracić równowagę. Mój taniec połamaniec,rozśmieszył dzieci. Miałam ochotę płakać. Nienawidzę zimy! W końcu jakaś pięcioletnia elficka dziewczynka się nade mną zlitowała. Nauczyła mnie panować nad nogami i nauczyła jeździć. Na początku mi nie szło ale potem w miarę się nauczyłam.
-Umiem!-pisnęłam i podskoczyłam. I tu był błąd,bo po sekundzie wylądowałam na tyłku. Dziewczynka zachichotała i popatrzyła za mnie. Zrobiłam tak samo.
-Zastanawiałam się lalusiu gdzie jesteś-oznajmiłam mu.
-Jestem od Ciebie we wszystkim lepszy-stwierdził,kiedy się podnosiłam.
-Nie masz szans mnie pokonać nawet na miecze-przypomniałam mu. Rzucił mi szpadę,którą złapałam-Skopię Ci dupę-oznajmiłam. Zaśmiał się i zaatakował. Z dziecinną łatwością odparłam atak. Usłyszałam dziewczyny jak mówiły "Znowu się zaczyna!". Dzieci obserwowały nas z zainteresowaniem. Po kilkunastu minutach wygrałam (jak zwykle).
-Jak Ty to robisz?-zapytał.
-Wygrywam? Za przeciwnika trzeba mieć ofiarę losu-zakpiłam.
-W jeździe na łyżwach mnie na pewno nie pokonasz-oznajmił.
-Nie masz szans-stwierdziłam. Ustawiłam się obok niego. Policzyliśmy do trzech i ruszyliśmy. Równo ale po chwili mnie wyprzedził. Przyśpieszyłam i wyminęłam go przed metą..Niestety nie umiałam hamować więc się trochę przejechałam...Koniec wycieczki miałam na kogoś klatce piersiowej. Wstałam i pomogłam "poszkodowanemu". Kompletnie nic nie widziałam przez włosy. Odgarnęłam je do tyłu i znieruchomiałam. Dlaczego? Dlaczego to mnie każe los?
-Czy ty mnie przypadkiem nie śledzisz?-zapytałam Uriana.
-Nie-odpowiedział rozbawiony. Prychnęłam i wyminęłam go. Po kilku metrach wleciałam na Kaspiana. Wyszliśmy z wielkiej zaspy. Otrzepałam ubranie.
-Nic Wam nie jest?-zapytała Vaymai.
-Wreszcie mam odpowiedź na swoje pytanie. Faceci są po to,żeby łagodzić upadek-oznajmiłam.
-Jej nic nie jest-stwierdził Kaspian.
-Ale Tobie za to coś wyskoczyło na twarzy-powiedziałam i rzuciłam w jego twarz śniegiem.
-Tobie też-odszczekał i oddał mi. Tak wybuchnęła wojna,wszyscy na wszystkich. Ku uciesze dzieciaków to Kaspian obrywał.
Byliśmy już prawie pod zamkiem,kiedy przyszła mi pewna myśl do głowy.
-Kto pierwszy w Jadalni ten jest lepszy od pozostałych!!!-wrzasnęłam i ruszyłam przed siebie. Co to by była za zabawa jakbyśmy nie oszukiwali? Żadna! Kaspian podstawił mi nogę i wywinęłam orła. Szybko się podniosłam i wepchnęłam Vaymai do olbrzymiej zaspy. Helen zlikwidował Kaspian wrzucając do "dziury" w środku zaspy. Zostaliśmy tylko my. Wbiegliśmy do zamku. Utykaliśmy na lewe nogi. Przeszliśmy na układ. Wejdziemy ramię w ramię. Tak też zrobiliśmy i szerokimi uśmiechami. Wszyscy,aż umilkli zdziwieni naszym zachowaniem. Zjedliśmy szybko kolację i teraz spokojnie piliśmy ciepłe herbaty.
-Teraz trzeba się ukryć-stwierdziłam.
Znajdą nas wszędzie-mruknął.
-Rusz muzgownicą!-poprosiłam-Wiem! Biblioteka!-oznajmiłam.
-Nigdy nas nie znajdą-stwierdził.
-Dokładnie,bo nawet o tym nie pomyślą-potwierdziłam. O mało ze stołka nie spadłam,gdy drzwi się otworzyły. Do środka weszły wściekłe dziewczyny. Zerwaliśmy się na równe nogi.
-Chyba kwiatki nie wystarczą-westchnął Kaspian.
-Helen preferuje niezapominajki niebieskie-oznajmiłam.
-Pogadamy o tym później-stwierdził.
-Proponuję ucieczkę-zaproponowałam. Od razu na to przystał. Zniknęliśmy za drzwiami do kuchni. Jak strzały wlecieliśmy do biblioteki.
-A teraz gdzie?-zapytał spanikowany. Rozejrzałam się.
-Możemy wyskoczyć oknami i zamknąć się w swoich pokojach-odpowiedziałam,podchodząc do okna. Otworzyłam je i zobaczyłam mały balkon.
-Raczej się tam oboje nie zmieścimy-stwierdził. Usiadłam na parapecie.
-Z drugiej strony pewnie też jest jakiś balkon-oznajmiłam i zeskoczyłam. Wyjrzałam przez balustradę. Na pewno nie przeżyję upadek z takiego  piętra. Odwróciłam się i zapukałam do okna. Zimno! Po kilku sekundach drzwi balkonowe się otworzyły. Jakiego ja mam pecha! Urian uśmiechnął się szeroko na mój widok.
-Co tu robisz?-zapytał. Bezceremonialnie go wyminęłam i weszłam do środka.
-Aktualnie ukrywam się przed wściekniętą siostrą i przyjaciółką-odpowiedziałam,podchodząc do drzwi. Szarpnęłam za klamkę...Nie!! Zamknął na klucz!! No dlaczego ja?!-Mógłbyś otworzyć drzwi?-zapytałam.
-Nie mam klucza-oznajmił z uśmiechem.
-No chyba sobie kpisz!-warknęłam. No to klops! Z jednej strony Helen i Vaymai mnie nie dorwą,z drugiej jestem w pokoju Urian. Walnęłam w drzwi czołem. Ała!
-Mówiłem,że do mnie przybiegniesz-odezwał się w końcu.
-Nie wspominałeś nic o tym,że będę uciekać przed siostrą,skakać z okna i że będziemy zamknięci w pokoju!-powiedziałam chodząc z tę i z powrotem pod drzwiami. Przynajmniej jestem daleko od niego. Nagle mnie olśniło. Walnęłam się otwartą dłonią w czoło i wyplątałam wsuwkę z włosów. Zaczęłam majstrować przy zamku...
-Co robisz?-zapytał zaciekawiony,stając za mną.
-Oglądało się trochę filmów o włamywaczach. Próbuję otworzyć zamek wsuwką,która mnie jeszcze nie zawiodła,jeśli chodziło o zamek w pokoju Klausa-odpowiedziałam-Odsuń się,bo przeszkadzasz-poprosiłam grzecznie. Odsunął się. Wyciągnęłam drugą wsuwkę i przekręciłam je. Usłyszałam znajome klik i drzwi się uchyliły-Nara-pożegnałam się i wyszłam.
Kiedy tylko zjadłam śniadanie zostałam siłą wyprowadzona przez dwóch strażników. Przed zamkiem znokałtowałam jednego. Do ślubu tydzień,a ja jestem siłą uprowadzona do ich kraju! Straciłam grunt pod nogami. Ja się tak traktować nie zgadzam! Zaczęłam okładać napastnika po plecach z całej siły.
-Którego NIE nie zrozumieliście?!-krzyczałam i biłam pięściami w plecy Uriana.
-Wszystkich-odpowiedział,wkładając mnie do powozu i zamykając drzwi za sobą.
-Nie zgadzam się na ten cholerny ślub!!!-wrzasnęłam wściekła. I tak ucieknę!
-Ale oni się zgodzili-oznajmił spokojnie brunet.
-Gówno mnie to obchodzi!!-krzyknęłam. Po jakichś trzech godzinach darcia się gardło mnie rozbolało,więc się zamknęłam. Jeszcze dwie i będziemy w moim "nowym"więzieniu.
-Cieszę się,że już się uspokoiłaś-powiedział brunet,patrząc na mnie. Dziękowałam moim włosom,że spadły mi na twarz! Niestety musiał je odgarnąć. Przyzwyczaiłam się do tego. Mimo to wzdrygnęłam się. Prychnęłam,skrzyżowałam ręce pod biustem i obserwowałam krajobraz-Jaka buntowniczka!-zaśmiał się Urian. Hahaha! Zobaczymy kto się rano będzie śmiał! Po kilku minutach kimnęło mi się.
Otworzyłam oczy i zobaczyłam ciemność. Coś obok mnie się poruszyło...Przestraszona wyskoczyłam z łóżka. O mało zawału nie dostałam! Odgarnęłam sobie włosy z twarzy i zobaczyłam tego imbecyla w bokserkach.
-Co Ty tu robisz?!-pisnęłam. (Piszcze tylko jak się przestraszę). Roześmiał się.
-Spałem ale mnie obudziłaś-odpowiedział.
-Że ty niby spałeś ze mną w łóżku?!-zdenerwowałam się.
-A masz coś przeciwko?-odpowiedział pytaniem na pytanie.
-Wszystko!-warknęłam,robiąc krok w tył. Z jednego zrobiło się pięć...
-A co konkretnie?-zapytał,zbliżając się do mnie. Wpadłam na ścianę plecami.
-Ciebie-odpowiedziałam wściekła. Jest nieobliczalny i silniejszy...
-Ja nie widzę problemu-oznajmił. Pociągnął mnie za ręce i siłą położył na łóżku. Sam też się położył. Leżałam na skraju łóżka,jak najdalej od niego. Przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Poczekałam,aż zaśnie. Godzinę tak dla pewności. Wygrzebałam się z łóżka i rozejrzałam za swoimi ubraniami (miałam na sobie tylko koszule). Chyba je gdzieś ukrył...A co się będę! Ubrałam jego spodnie czarne,płaszcz i duże buty też czarne. Związałam włosy i otworzyłam okno. Wyszłam przez nie ,zamknęłam i zeskoczyłam. Ruszyłam biegiem do muru. Wdrapałam się na drzewo (najbliższe muru) i po prostu przeskoczyłam nad ogrodzeniem. Udało się! Przywołałam Saphire. Po kilku minutach smoczyca wylądowała przede mną. Szybko wsiadłam na siodło i wzniosła się w powietrze. Cel-wolność ale najpierw spotkanie z przyjaciółmi.








                                  ^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Już nie płacz Karolina! Masz ten rozdział! Jak Wam się podoba? Wiem,nie możecie komentować ale to wina mojego komputera!












niedziela, 18 maja 2014

Rozdział 8.

Pogawędka z Królową okazała się fajna. Był jeden minus tego cholerstwa. Ona zablokuje czary swojego pożal się boże syneczka,a ja mam go leczyć. Bawiłam się właśnie w ekseprymentowanie maści,gdy weszła Helen ciągnięta siłą za Amarin'em.
-Nie radze niczego próbować. Jesteśmy nietykalne-oznajmiłam,dodając kilka łyżeczek zielonego proszku.
-Nietykalne? Chcesz się przekonać?-zapytał z groźbą w głosie. Zaśmiałam się,dodając łyżeczkę fioletowej cieczy. Normalnie jak galaretka.
-No pewnie. Uderz mnie albo moją siostrę,a Twój pożal się boże książę nie zostanie uleczony i nigdy nie wyjdzie z łóżka-powiedziałam z wyższością i dumą. Mają przesrany tydzień albo dwa.
-Że niby Ty masz go leczyć?-zakpił sobie ze mnie bijąc w policzek moją siostrę. Był zajęty uderzeniem blondynki,więc nie zobaczył,że wsypałam troszkę niebieskiego i żółtego proszku. To się książę i jego podwładni ucieszą!
-Królowa mi rozkazała go uzdrowić,więc nie fikaj-warknęłam dodając pół łyżeczki czerwonego proszku. Wstrzymałam oddech i czekałam na jakiś wybuch,ale ku mojemu zdziwieniu mój eliksir zrobił się kremowy. Czyli,że dobrze odważyłam wszystko i mogę go podać zasrańcowi.Na jego nie szczęście wszystko go będzie boleć. Zabrałam ampułkę z lekarstwem i popatrzyłam na tego żałosnego dupka.
-Jeśli ją jeszcze raz uderzysz to Twój książę umrze,a ja nawet palcem nie kiwnę-powiedziałam z powagą i groźbą. Niechętnie puścił Helen,która strzeliła mu takiego plaskacza,że odbiły się jej palce na jego policzku. Wyszłam z mojego "laboratorium" i weszłam po schodach na górę do pokoju tego delikwenta. Jego życie w moich niezdarnych rękach.
-Co Ty tu robisz?!-krzyknął,rzucając we mnie nożem. Z dziecinną łatwością zrobiłam unik i podeszłam bliżej jego łóżka.
-Jestem Twoim medykiem od dzisiaj,aż do tygodnia najwyżej dwóch-oznajmiłam z uśmieszkiem na ustach. Normalnie czuję się jak Rekla,a on jest Dubhe z klątwom,którą tylko ja mogę usunąć jeśli będzie mi się chciało. Wyciągnęłam rękę z buteleczką w jego stronę.
-Nie zamierzam nic od Ciebie brać,a już w szczególności lekarstwa-warknął.
-W takim razie nie mam zamiaru zatrzymywać choroby-oznajmiłam-Następną dawkę dostaniesz jutro wieczorem-oznajmiłam z uśmiechem na ustach i odwróciłam się do niego tyłem. Ruszyłam do drzwi.
-Zaczekaj!-poprosił zrezygnowany. Odwróciłam się z triumfem na twarzy i rzuciłam mu buteleczkę. Wypił ją do dna. Po chwili zaczął się zwijać z bólu.
-Następnym razem nie radze bić mojej siostry,bo on-wskazałam na wijącego się chłopaka-skończy gorzej-zagroziłam z satysfakcją. Wyszłam z jego pokoju i weszłam do swojego-piętro wyżej. Położyłam się spać,chodź było wcześnie.
Minęło tylko cztery dni,a ten gnom już był zdrowy! Tylko cztery dni nietykalności...Jeszcze jutro wielki zasrany bal z okazji jego zasranych okazji. Jebany bal,jebani ludzie,jebana suknia i wszystko jest jebane! Robiłam wszystko,żeby się rozchorować. Począwszy od spodenków i bokserki i leżeniu w zaspie. Po tym wybryku pilnuje mnie dziesięcioro strażników,co nie jest takie fajne,bo stoją w moim pokoju i się na mnie gapią. Czemu nie chcę iść? Odpowiedź prosta. Królowa i Król są starzy(chociaż nie wyglądają) i chcą dać koronę,któremuś z dwójki cholernych braci. Helen zakochała się w Kaspianie(ja się nie dziwie,bo ciacho,tylko minus jest dobry nienawidzimy się nawzajem). Moja siostra jakoś próbuje załagodzić naszą odwzajemnioną nienawiść. W końcu doszło do tego,że się założyliśmy się o takie tam głupstwo. Nie wiem jak wyglądam w ciemnej czerwieni ale na pewno nie będę odstraszać.Bardziej martwi mnie zakład. Mam przyjść w tej ciemno czerwonej sukience na bal. Jest jednak kilka plusów. Nie uzgodniliśmy czy mam tańczyć,udawać,że świetnie się bawię,i czy mam go nie wnerwiać. Po dwudziestej pierwszej wygnałam strażników swoimi metodami. Jak nie wyjdą,ubiorę ich w sukienki. W drzwiach się nie mogli zmieścić. Położyłam się spać.
Wstałam dobrze po siedemnastej. A obudził mnie nie kto inny jak Kaspian(Klocek). Jego metody budzenia są proste. Najpierw po dobroci,jak nie podziała do wanny lodowatej wody. Kiedy tylko otworzył drzwi wstałam ledwie przytomna.
-Już wstałam-mruknęłam. Umyłam się,ubrałam tą cholerną sukienkę,rozczesałam włosy,zamaskowałam znaki i wyszłam z łazienki. Popatrzyłam na zegar. Po 18...Goście już są. W grodze do Sali Balowej,umililiśmy sobie czas wymianą poglądów(po przezywaliśmy się troszeczkę) i o mało nie doszło do rękoczynów,którą nazywamy spotkaniem się z żeczywistością. W ostatniej chwili rozdzieliła nas Helen i Valmai.
-Jak nie będziecie się zachowywać to będziecie razem tańczyć na środku sali-zagroziła moja siostra. Ciekawa propozycja. Może dokończymy wymianę poglądów i spotkanie z żeczywistością?
-Chcesz,żeby się pozabijali i to przy ludziach?-zapytała Valmai-Ich wyzwiska wcale nie są przyjemne dla nas,a co dopiero jakby się tam zachowywali-dodała.
-Słuszna racja-przytaknęła blondynka. Weszliśmy do Sali Balowej i pierwsze gdzie się skierowałam to do Naszego stołu.
-Oni z pewnością chcą,żeby się pozabijali-mruknęła moja siostra,patrząc na nasz stolik. Klaus,Artagan i dwie nieznajome panienki. To będzie ciekawy bal i urodziny. Uśmiechnęłam się złowrogo do dwóch imbecyli czekających na nas. Usiedliśmy. Helen,Kaspian,Valmai i ja przy krawędzi stołu. Spokojnie mogliśmy wymieniać swoje poglądy. Już miał mi odpyskować kiedy Helen siłą odciągnęła go od stołu i zniknęli mi z oczu.
-Zwariować z Wami idzie-poskarżyła się mi białowłosa.
-Och,daj spokój. Ty chyba Nas rano nie widziałaś-stwierdziłam.
-Trzeba Was trzymać na bezpiecznej odległości. Co najmniej 10 000tysięcy kilometrów-oznajmiła.
-Nie wiem czy to by pomogło...-zaczęłam ale jakiś chłopak mi przerwał,prosząc do tańca. Powiedziałam tylko groźne NIE i sobie poszedł.
-Idzie Król-oznajmiła.
-Nie uważasz,że zima ma coś uroczego w sobie? Ja myślę,że jest i tajemnicza i piękna-zaczęłam swój monolog. Nawet nie dopuściłam jej do głosu-Moja siostra lubi akurat tą porę roku. Ja bardziej wolę inne pory roku,bo w zimie bardzo łatwo coś złamać na tak śliskim lodzie...
-Zatańczmy-rozkazał Król-Ilu już odprawiłaś książąt do domów?-zapytał.
-Koło piędźdździesiątki będzie. Na pewno się szybko nauczę ich spławiać-odpowiedziałam.
-Jak Ty ich tak szybko odprawiasz? Wracają do domu prawie płacząc-zapytał Król.
-Pokazuję im inną stronę siebie. Tej bardziej uszczypliwej,wrednej i mówiącej co tylko pomyśli-odpowiedziałam dumna.
-Bądź grzeczna-rozkazał i "oddał" mnie jakiemuś chłopakowi. No więc najpierw delikatnie próbowałam mu powiedzieć,że nie jestem zainteresowana,a potem no cóż...zaczęłam po swojemu.
-Nie jesteś w moim typie-wypaliłam,szukając pomocy u przyjaciółki. Tsa...ona raczej mi nie pomoże zwłaszcza,że patrzy na chłopaka,z którym tańcze współczująco i niemal przepraszająco.
-Król ostrzegał mnie przed Twoimi ciętymi uwagami-oznajmił.
-A ostrzegał przed tym,że potrafię nieźle przywalić?-zapytałam retorycznie. Oczywiście,że nie,bo Król nie wiedział o moich licznym bijatykach z Kaspianem i Upadłymi.
-Też-odpowiedział.
-Mogę zademonstrować na Kaspianie...
-Mówił,że często się bijecie ale z braterskiej miłości-przerwał mi.
-Tsa! Jak zwykle mówi odwrotnie-westchnęłam. Tańczył ze mną niewzruszony...
-Nie przepadam za chłopakami-oznajmiłam.
-Mnie na pewno polubisz-stwierdził. Rozpaczliwym gestem,nadepnęłam mu na stopę...Podziałało! Puścił mnie zaskoczony. Ruszyłam z triumfalnym uśmiechem do Valmai. Usiadłam na miejscu Kaspiana.
-Czemu Ty wszystkich odtrącasz?-zapytała płaczliwym głosem.
-Z tym upartym osłem nie miałam tak łatwo-obroniłam się-Po prostu mam kochającą siostrę,przyjaciółkę i Saphirę. Czego chcieć więcej?-odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
-Helen pomóż mi!-poprosiła białowłosa. Tak więc obie prawiły mi kazania,a ja z drwiącym uśmiechem na ustach patrzałam to na jedną to na drugą.
-Zachowujecie się jakbym popełniła zbrodnie-stwierdziłam.
-Też się tak zachowywałem-oznajmił Kaspian. Teraz oboje słuchaliśmy ich kazania. Popatrzyłam porozumiewawczo na blondyna.
-Gdzie Wy idziecie?!-krzyknęła za nami moja siostra,jak wstaliśmy od stołu i ruszyliśmy do tłumu tańczących.
-Nigdzie!-odkrzyknęliśmy niewinnym tonem.
-Nie wiem jak Ty ale ja się chyba zaleję w trupa i pójdę spać-stwierdziłam.
-Genialny pomysł ale starsi po ostatnim naszym "zalaniu w trupa" schowali arsenał nie wiadomo gdzie-oznajmił.
-Oni to uknuli już wcześniej-stwierdziłam.
-Dokładnie-przyznał mi rację blondyn.
-No nic! Na trzeźwo też można się bawić!-powiedziałam.
-Kolejny dobry pomysł-przyznał mi rację. Tak więc,zawróciliśmy. Nie dane mi było nawet dojść do stołu,bo ktoś mnie objął w talii i zaczął tańczyć wolniaka.
Książę  Urian
-Jestem pewna,że Cię nie polubię i odczep się!-warknęłam z irytacją. Mogłam się wyrywać do woli,nawet deptanie po stopach mi nie pomogło. Zachciało się Królowi mnie swatać! Ja mu nagadam!
-Poddaj się to będzie Ci łatwiej przywyknąć-za proponował. Podniosłam głowę i zobaczyłam ciemno brązowe włosy zasłaniające mu połowy twarzy i szare oczy. Patrzyłam na niego z nieskrywaną niechęcią wręcz nienawiścią i determinacją.
-Nigdy się nie poddam-powiedziałam ostro,wkurzona na maxa. Moje policzki były lekko czerwone ze złości. On patrzyła na mnie z leciutkim podziwem,irytacją i determinacją.
-Jak sobie chcesz-mruknął-I tak do mnie przybiegniesz-stwierdził. Chyba po trupie,żeby Cię straszyć. Puścił mnie,a ja z zaciśniętymi pięściami wyszłam z Sali Balowej. Szlak mnie zaraz trafi! Wybiła północ,a ja wybiegłam z Sali i zaczęłam biec po schodach. Musiałam uważać,żeby się nie przewrócić. Weszłam do swojego pokoju i ściągnęłam zasraną sukienkę.
Ubrałam strój Łowców i wymknęłam się przez okno (wcześniej zamykając drzwi na klucz). Wylądowałam na trawie zwinnie i zaczęłam piec bezszelestnie z całym uzbrojeniem jaki miałam jak tu przyjechaliśmy. i wtedy mnie olśniło. Gdzie jest Sebastian? Zaczęłam biec jeszcze szybciej. Nie wiem ile tak biegłam ale zatrzymałam się dopiero przed zamkiem Irnor. Coś tu nie grało. Jeśli to pułapka to jestem w dupie. Weszłam do środka i bezszelestnie próbując namierzyć Sebastiana.












                                                     ^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^

Jak rozdział? Tą notatkę też napisałam dla Karoliny. Przykro mi,że nie dacie komentować ale to nic. Idę się kimnąć bo całe 24 godziny byłam na nogach. Dobranoc :**.





Rozdział 7.

Weszłam do zamku niepostrzeżenie. Nikt mnie nie zobaczył jak szłam bezszelestnie do kuchni. Roiło się tu od kucharzy. Oczywiście pozwolili mi sobie coś upichcić. Tak na wszelki wypadek ubrałam fartuch i zaczęłam pichcić. Najpierw chciałam zrobić sobie naleśniki ale niektóre składniki wylądowały na mnie i włosach a nie na 'patelni' jeśli jakieś żelastwo można tak nazwać. Udało mi się zrobić trzy naleśniki z reszty ciasta. Potem zrobiłam sobie jajecznice z dwóch jajek. Zjadłam wszystko na miejscu,częstując kucharzy moimi naleśnikami. Dałam im przepis i kiedy zjadłam wyszłam. Nie mam zamiaru pokazywać się w takim stanie komukolwiek. Mąka we włosach,jajko na butach,ciasto na ciele i włosach. Jestem istnym przerażeniem. Na szczęście nikogo nie spotkałam po drodze do swojego pokoju. W tym problem. Gdzie jest reszta? Gdy weszłam do pokoju,aż się wzdrygnęłam.
-Co tu robisz?!-warknęłam z wrogością. Ten cham leżał sobie w najlepsze w moim łóżku.
-Leżę-odpowiedział.
-Masz minutę na wyjście stąd albo wywalę Cię siłą!-zagroziłam. Popatrzył na mnie i uśmiechnął się ironicznie. Wskazałam na drzwi,widząc,że nadal leży na moim łóżku-Widzisz te drzwi?-zapytałam na co przytaknął-Albo dobrowolnie stąd wyjdziesz albo Cię przez nie wypierdolę-warknęłam. Nie ruszył się nawet o milimetr.
-Możesz spróbować-powiedział drwiąco. Nie potrzeba mi dwa razy potarzać. Podeszłam do niego. Złapałam za nogę i ściągnęłam go z łóżka. Zaciągnęłam pod drzwi. Sięgnęłam do klamki i straciłam grunt pod nogami. Zmarszczyłam brwi. Teraz to ja leżałam na podłodze,a Artagan siedział na moim brzuchu i unieruchomił mi ręce.
-Złaź ze mnie!-warknęłam,próbując wyrwać ręce z uścisku.
-Przeproś-powiedział.
-Niedoczekanie Twoje!-syknęłam. Nie mam zamiaru i już!
-Negocjujmy-zaproponował,ignorowałam go i uparcie próbowałam wyrwać ręce. Żeby nie patrzeć na jego przystojną gębę,popatrzyłam na uwięzione ręce-Puszczę Cię w zamian za...-nie dokończył,bo mu przerwałam. To moja szansa!
-Za co?-zapytałam zaciekawiona. Nie interesowało mnie to wcale. Lekko poluźnił uścisk na moich rękach. Przestałam się szarpać. Jak mu przywalę to popamięta!
-Za...-zamyślił się,poluźniając jeszcze bardziej uścisk. To mi wystarczyło.Wyszarpałam ręce i zrzuciłam go z mojego brzucha. Był zszokowany. Sięgnęłam po łuk i strzałę. Zdążyłam ją nałożyć na cięciwę,naciągnąć i wymierzyć w niego.
-Jeśli nie chcesz,żeby ta strzała Cię nie przebiła radze Ci wyjść po dobroci-powiedziałam groźnie. Wystarczy,że puszcze strzałę. Wyszedł posłusznie.
-Idiota-mruknęłam pod nosem i zamknęłam drzwi na klucz. Wzięłam prysznic,ubrałam czerwoną bieliznę,męską koszule(mój rozmiar),spodnie i buty. Rozczesałam włosy i zaplotłam je w kłosa. Rzuciłam się na łóżko-dosłownie i zasnęłam. Obudziłam się przed północą. Wstałam z łóżka i wyszłam z pokoju,zamykając go na klucz. Zeszłam cicho po schodach i kiedy usłyszałam kroki,schowałam się za jakimś drzewkiem. Dwóch chłopaków bliźniaków szło do schodów.
Po prawej Aramil,po lewej Amarin (słudzy Artagan'a)
 -Nie wiem po co zabijaliśmy tego chłopaka-mruknął cicho pierwszy. Byli umazani we krwi.
-Bo Artagan nam rozkazał. Za niedługo zostanie królem i będzie podporządkuje sobie całą Alakilie..-powiedział drugi.
-Mógłby zacząć od blondynki i jej siostrzyczce-powiedział ten pierwszy. Helen i ja? Podporządkować? Może co najwyżej siebie!
-Nie miałbym nic przeciwko zabiciu tej głupiej blondynki-oznajmił ten drugi. Po moim trupie! Zniknęli na schodach,a ja jak najszybciej wybiegłam z zamku. Bałam się o Helen...Jest mądra i silna,na pewno sobie poradzi...Klaus z nią jest. Nic jej nie będzie. Wbiegłam do lasu i zatrzymałam się dopiero kilka metrów przed białą smoczycą,która właśnie wylądowała. Podeszłam do niej i wsiadłam na siodło. Wzbiła się w górę z dziecinna łatwością. Rozluźniłam się i uspokoiłam dopiero po chwili latania nad lasem.
Potem smoczyca ruszyła nad duże jezioro...
Po drugiej byłam na dziedzińcu zamku. Zrelaksowana i spokojna. Moje obawy się rozwiały,a ja ruszyłam pod dach,schować się przed deszczem. Znieruchomiałam jak tylko zobaczyłam Helen i jednego z tych chłopaków. Dobierał się do niej,a ona próbowała go odepchnąć. Podbiegłam do nich i odepchnęłam chłopaka od mojej siostry.
-Zostaw ją w spokoju!-warknęłam,on tylko się zaśmiał i zrobił szybki ruch ręki. Poczułam pieczenie na ramieniu i po kilku sekundach ciepło. Rzuciłam się na niego. Po chwili walki,skręciłam mu kark,dla pewniaka wbiłam mu sztylet w serce. Wstałam z mokrej kamiennej posadzki i podeszłam do płaczącej siostry. Przytuliłam ją do siebie.
-Już Ci nic nie zrobi...Zabiłam go...-pocieszałam ją-Odprowadzę Cię do pokoju-oznajmiłam i ruszyłam z płaczącą siostrą do jej pokoju. Po chwili leżała już na łóżku,czysta i przebrana. Po chwili zasnęła.Rzuciłam na jej pokój czar ochronny i poszłam do siebie. Umyłam się i przebrałam w piżamę. Przykryłam się na łóżku i zasnęłam. Miałam koszmary w nocy. Bardzo dziwne. Śniło mi się,że nie zdążyłam uratować siostry od tego gwałciciela,że ten chłopak zabił Helen i Klausa na moich oczach. Rzucałam się po całym łóżku...
Usiadłam z krzykiem na ustach. To na bank ten książę od siedmiu boleści bawi się w czarodzieja. Nie miałam nawet zadrapania po wczorajszej bójce. Można to nazwać samoobroną,poniekąd. Umyłam się,ubrałam i popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze. Sińce pod oczami,podpuchnięte oczy i blada twarz. Nie wyglądam najlepiej. Schowałam sztylet do wysokiego buta i zeszłam do pokoju siostry. Klaus też tam siedział i przytulał blondynkę,która płakała. Opowiedziałam mu o wczorajszej nocy(pomijając wycieczkę z Saphirą).
-Ale co Ty tam właściwie robiłaś?-zapytał.
-Spacerowałam po sadzie,bo nie mogłam zasnąć-skłamałam. Elfy nie czytają w moich myślach,ale w ich tak.
-Chodźcie na śniadanie-poprosiłam.
-Nie wyjdę stąd-oznajmiła Helen i wybuchnęła głośniejszym płaczem. Popatrzyłam porozumiewawczo na Klausa. Wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. Weszłam na salę. Położyłam na tacy coś co wyglądało jak kaszka,dwa jabłka,mleko z rodzynkami czy czymś takim i trzy kubki herbaty. Ominęłam kałuże wody i weszłam ostrożnie po schodach. Nogą otworzyłam drzwi do pokoju blondynki i weszłam do środka. Postawiłam tacę na szafce nocnej i usiadłam na fotelu.
Po pięciu godzinach namawiania blondynki,w końcu się poddała i wyszła na świeże powietrze. Nasze szczęście nie trwało długo. Kiedy tylko Helen zobaczyła bliźniaka zmarłego chłopaka. Wrzasnęła z przerażenia i rzuciła się do ucieczki. Ja razem z Klausem zostałam rzucona na ziemię.
-Zabij mnie Klaus,błagam!-jęknęłam.
-Nie zamierzam-oznajmił. Helen zwiała do lasu...Zaraz spoważniałam.
-Ona nie zna lasu!-pisnęłam. Błyskawicznie wstaliśmy i patrzeliśmy na las.
-Coraz gorzej-westchnął. Oprzytomniałam szybciej od niego.
-Znajdę ją,a Ty tutaj zostań i pogadaj sobie z Kaspianem-oznajmiłam. Wymieniłam z bratem porozumiewawcze spojrzenie i rzuciłam się do szaleńczego biegu za siostrą.Co prawda zmęczyłam się dopiero w połowie lasu ale ktoś mnie obserwował więc nie mogłam wezwać Saphiry. Przykucnęłam przy śladzie. To nie mojej siostry! O ja pierdolę!! Wstałam i wyciągnęłam miecz z paska. Rozejrzałam się i zobaczyłam dwóch umięśnionych mężczyzn. To na pewno ludzi tego egoistycznego książulka od siedmiu boleści. Zachciało się mojej siostrze biegać po lesie!
-Kalabis!!-krzyknęłam,wskazując miechem na przeciwników. Z moich przeciwników została kupka popiołu,a ja straciłam przytomność. Otworzyłam z trudem oczy i wstałam. usłyszałam ryk smoczycy i z jej pomocą wsiadłam na siodło. Moja siostra też siedziała na grzbiecie Saphiry. Wylądowała kilka metrów przed zamkiem i jak zeszłyśmy z jej grzbietu odleciała. Byłam wykończona,a do tego miałam gorączkę...Kiedy znalazłyśmy się pod zamkiem,gdzie czekał Klaus i jakiś chłopak,ponownie straciłam przytomność.
                                                        ****
-Ma gorączkę i jest strasznie zmęczona-stwierdził jakiś stary głos-To Kasikin. Choroba powoli ją zabiera na Tamtą Stronę-dodał.
-Da się coś zrobić?-zapytał dziewczęcy głos. Nie miałam siły bawić się w obstawianie kto to jest.
-Saphira...Las...Idź...Klaus...Pomoże...Mi-wyszeptałam z wysiłkiem i ponownie zapadła ciemność.
                                                   
                                                       ****
Otworzyłam oczy i od razu oślepiło mnie słońce. Rozejrzałam się po swoim pokoju. Klaus i Helen spali na fotelach z kocami i poduszkami. Wstałam z łóżka. Umyłam się,ubrałam i popatrzyłam na siebie w lustrze. Blada,sińce pod oczami. Tsa. Rzucił mi się w oczy naszyjnik na mojej szyi.
Niebieski kryształ a na nim biały smok i pod spodem jeszcze malutki kluczyk. Poznałam ten naszyjnik. Śnił mi się. Zrobiony z wody,zmieszany ze łzą i krwią smoka i Jeźdźca. To on mnie uratował od tej choroby rzuconej na mnie podstępnie. Schowałam naszyjnik pod koszulę i wyszłam z mojego pokoju. Bez pukania weszłam do pokoju tego gnoja.
-Masz mi coś do powiedzenia?!-zapytałam poirytowana.
-Nie-odpowiedział zaskoczony.
-Nie?! Kto nasłał na moją siostrę jakiegoś psychola?! Kto nasłał na mnie zabójców?! Kto chciał mnie zabić jakimś zaklęciem,powodującym choroby?!-krzyknęłam zdenerwowana. Zabiję go!
-Na pewno wiesz kto to zrobił-odpowiedział cynicznie.
-Oczywiście,że wiem-potwierdziłam-Radziłabym Ci spać z otwartymi oczami-powiedziałam z groźbą w głosie.
-Grozisz mi?-zapytał "przestraszony".
-Ależ oczywiście,że nie-powiedziałam z sarkazmem po czym wyszłam z jego pokoju. Zabiję Cię jak tylko będę miała okazję. Trucizną,zaklęciem,mieczem czy nawet poduszką. Weszłam do swojego pokoju i usiadłam na parapecie. Lało jak cholera i była burza. W końcu pora na jesień. Tu szybko zmieniają się pory roku,najdłużej jest tu tylko zima. Na samo wspomnienie białego puchu,zamarzniętych kauż i stawów wzdrygam się. Nienawidzę zimy. Jak w tą zimę się nie połame to będzie cud! Położyłam się spać bo jestem jeszcze nie w formie,a poza tym zmęczył mnie czar na chorobę,którą w moim świecie nazywamy ospą. To się jutro zdziwi. Zasnęłam po chwili.
Obudziłam się dwa dni później.
-Artagan jest chory na ospę,wiesz coś o tym?-zapytał Klaus. Udałam zdziwioną.
-Ospę?-udałam zdziwienie i nawet dobrze mi to wyszło. Może jeszcze poplątam różyczkę i odrę? Będzie zabawniej.
-Jest zmęczona,zostaw ją w spokoju-obroniła mnie Helen. Jako jedyna się przejmuje moim zdrowiem.
-Ale to ona mu to zrobiła!!-krzyknął wściekły i wyszedł z mojego pokoju trzaskając drzwiami. Czyżby przeszedł na jego stronę? Z pewnością. Tak więc zmieszałam choroby tego chuja. Zasnęłam po chwili.
Obudziłam się kilka dni później i ku mojemu zdziwieniu nastała zima. No nieźle. Kiedy wreszcie mogłam wyjść z zamku,Helen wyszła ze mną. Ona uwielbiała zimę. Ziemia zamarzła więc musiałam iść naprawdę wolno,żeby nie wyrąbać ale i tak mi nie wyszło bo poślizgnęłam się i długo walczyłam z grawitacją,aż w końcu przejechałam się po śliskiej powierzchni i wleciałam w zaspę. Blondynka zaczęła się śmiać jak opętana. Kiedy wreszcie uwolniłam się od zaspy rzuciłam w nią dużą kulką śniegu. Tak rozpętała się trzecia wojna światowa na śnieżki i moją walkę z grawitacją. Po trzech godzinach wylądowałam na tyłku i w dodatku przejechałam się trochę po lodzie. Mój tyłek cierpiał! Czerwone jak raki wróciłyśmy do zamku. Ja z kilkoma siniakami. Zjadłyśmy kolację z resztą. Królowa przyglądała mi się bacznie. Co ja takiego zrobiłam? W dodatku Klaus zaprzyjaźnił się z
Enilis Vey Karalis-Królowa (jest po stronie Dobra)
bratem bliźniakiem zmarłego Aramila-Amarin'em. Teraz on też jest Upadłym. Tak ich nazwałam. Są Upadłymi. Klaus posyłam mi co jakiś czas złowrogie spojrzenie. Coś knują i to na pewno mnie dotyczy. Stan Artagan'a pogarszał się albo polepszał,zależy jaki miałam humor. Odwdzięczał mi się koszmarami. Co ja poradzę,że jego stan jest zmienny?
-Nie przejmuj się nim-szepnęła moja siostra. Oderwałam smutne spojrzenie od Klausa i popatrzyłam na nią. Jako jedyna mi pomagała,nie licząc Valmai,z którą się zaprzyjaźniłyśmy.
-Oni coś knują przeciwko mnie-oznajmiłam im obu.
-Skąd wiesz?-zapytała zaciekawiona białowłosa.
-"Ukradkowe" spojrzenia w moją stronę podczas ich rozmowy są idiotyczne i na pewno to będzie związane z moją osobą-odpowiedziałam jej. Nie kryli nawet,że mnie obgadują. Z intensywnością gapiłam się na moje wino. Było jakieś dziwne. Jakby wlać do wody-wódki.
-Nie pijcie wina,dolali coś do niego-ostrzegłam je.
-Najchętniej zalałabym się w trupa-oznajmiła Helen.
-Nie tylko Ty jedna-westchnęłam. Po tym winie nie miało się kaca,co było bardzo pomocne na następny dzień. Już wypróbowałam kilka razy. Po skończonej kolacji Królowa chciała ze mną pomówić. Poszłam za nią do jakiegoś tajnego pokoju wypełnionymi obrazami przeróżnych smoków. Jeden mi się rzucił w oczy. Z pewnością kobieta na obrazie była Jeźdźcem Niebieskiego Smoka.
Był zupełnie inny od mojego.
-Jesteś Jeźdźcem,prawda?- zapytała,przyglądając mi się uważnie.
-Tak-odpowiedziałam.
-Jakiego koloru?-zapytała.
-Białego-odpowiedziałam.
-Nigdy nikt nie dosiadł Białego Smoka-powiedziała.
-Saphira mnie wybrała z jakiegoś powodu i uratowała życie przed śmiercią z jakiejś głupiej choroby wywołanej przez Artagan'a,któremu po raz kolejny się nie udało mnie zabić-mruknełam.
-Prowadzicie między sobą wojny na choroby-stwierdziła Enilis.
-Ja nie przywołuje chorób śmiertelnych,tak jak on-oznajmiłam.
-Chcesz go tylko nastraszyć,żeby dał Ci święty spokój-czytała mi w myślach?-On nigdy Ci nie da spokoju-oznajmiła-Będziecie wrogami do końca życia-dodała. Nie mogła mi czytać w myślach.
-Przywołuje choroby,których nie zna i mieszam je ze sobą-oznajmiłam niewzruszona. Nie działają na mnie takie kazania.







                                     ^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^^
Mój komputer to debil i działa mi na nerwy. Co ustawiam,żebyście mogli komentować to ten cwel cofa ustawienia. Podoba Wam się rozdział? Dodałam ten rozdział,bo obiecałam komuś. Tym ktosiem jest moja Najlepsza Przyjaciółka Karolina. Następny też dodam dzisiaj,jak się wyśpię. :D