Piosenki

czwartek, 22 maja 2014

Rozdział 10 :].

Smoczyca wysadziła mnie blisko zamku. Weszłam do niego niezauważona i zaczęłam się wspinać po parapetach do okna Kaspiana,tylko tam świeciło się jeszcze światło. Kiedy już tam dotarłam zapukałam cicho do okna. Po chwili sam właściciel ze sztyletem w ręce mi otworzył.
-Masz szczęście,że nie jestem włamywaczem-stwierdziłam-Odsuń się od okna-poleciłam. Posłusznie się odsunął,a ja jakoś weszłam do środka. Podciągnęłam czarne duże spodnie i usiadłam na fotelu.
-Co Ty tu robisz?-zapytał zszokowany i zdezorientowany lustrując mnie wzrokiem.
-Siedzę-odpowiedziałam z ironią.
-Zwiałaś z ich zamku w środku nocy,ubrana jak mężczyzna?
-Nie miałam pod ręką innych ciuchów,bo moje gdzieś schowali. Odpowiedź brzmi tak.
-Nie chcesz wychodzić za mąż?
-Za nic na świecie nie wyjdę z przymusu!
-Pewnie skapną się wczesnym rankiem,że Cię nie ma-stwierdził.
-Pewnie tak. Mam przewagę pięciu godzin-oznajmiłam.
-Dwóch co najmniej-poprawił mnie.
-Przewaga to przewaga-mruknęłam. Oboje usłyszeliśmy szmery z dołu.
-Nie masz już przewagi-oznajmił.
-Na razie-pożegnałam się z nim i podeszłam do drzwi,podciągając spodnie. Wyszłam na korytarz i zmieszałam się z ciemnością. Bezszelestnie weszłam do swojego pokoju i ubrałam czarny strój Łowcy z całym uzbrojeniem. Z dziecinną łatwością wyskoczyłam przez okno i wylądowałam. Ruszyłam biegiem do bramy,mieszając się z ciemnością mroźnej nocy. Kiedy wbiegłam do lasu usłyszałam kopyta koni oraz wrzaski i krzyki. Mam szanse,konie są zmęczone,a ja jestem Łowcą moje nogi są przyzwyczajone do wysiłku. Przyśpieszyłam. Mijałam drzewa.strumyki,krzewa  i piękne kwiaty. Przede mną pojawiła się przepaść z porywistym jeziorem w dole.
-Raz się żyje-powiedziałam i skoczyłam. Nie leciałam długo ale wystarczająco,by wziąć głęboki wdech. W jednej chwili znalazłam się pd wodą. Wypłynęłam na powierzchnie i zaczęłam spadać w dół wraz z wodą...Wodospad! Nie minęło trzy minuty,a ja znów byłam pod wodą. Wypłynęłam na powierzchnię i zaczerpnęłam powietrza. Przeżyłam...Podpłynęłam do brzegu i wyszłam na ląd. Dobrze,że jestem Łowcą. Nic mi się nie stanie nawet jakbym skoczyła z chmur...chyba. Wlazłam na jakieś drzewo i zasnęłam z ręką na mieczu.
Obudziłam się o świcie. Jęknęłam i przekręciłam się na drugą stronę. Straciłam równowagę i spadłam w chaszcze. Wstałam,otrzepałam się,spięłam włosy w wysokiego kucyka i ruszyłam przed siebie. Po trzech godzinach weszłam do jakiejś wioski. Znalazłam się na jej dziedzińcu i zobaczyłam przywiązaną sznurami do jakiegoś bala przerażoną blondynkę. Wokół niej było trzech strażników. Widać,że znęcali się nad nią batami.
Ellie.
-Zostawcie ją!-rozkazałam stając za nimi w lekkim rozkroku. Nie usłyszeli jak nadchodzę,prawidłowo. Odwrócili się pośpiesznie,wyciągając miecze.
-Nie macie szans z tymi kijkami-zakpiłam,wyciągając swoje dwa miecze. Srebrno-złote z opruszony niebieskimi kropkami.
-Zabijemy Cię pierwszą-oznajmił jeden z trzech strażników. Zaatakowali mnie razem. Z dziecinną łatwością robiłam uniki,atakowałam i blokowałam ich ciosy. Po chwili wszyscy trzej leżeli nieprzytomni na ziemi. Podeszłam do dziewczyny i przecięłam liny wiążące ją z tym badylem.
-Uciekaj!-rozkazałam jej,popychając ją lekko do przodu.
-Dziękuję!-wystękała i ruszyła biegiem. Wypuściłam konie z zagrody. Kiedy usłyszałam szelest za mną natychmiast się odwróciłam. Elf-wojownik stał kilka metrów przede mną,a za nim dwudziestu
Ilmarin-Wojownik
żołnierzy. Normalnie to bym zwiała albo zaczęła krzyczeć albo jedno i drugie. Był w samych brązowych spodniach. Po prawej stronie ramienia,klatki piersiowej i trochę brzucha miał wytatuowanego pomarańczowego smoka chińskiego. Jego włosy ani rude ani blond były związane w warkocza ale i tak niesporne włosy plątały się po jego twarzy. Miał na lewej ręce kilka rzemieni,a na szui dziwny "talizman". Odwróciłam głowę w bok i z cichym śmiechem zorientowałam się,że mnie otoczyli. Żałosne. Oni nie wiedzą,że przed nimi stoi Łowca i bardzo dobra uciekinierka (w końcu to ja uciekłam z łóżka "narzeczonego" i nie dałam się złapać). To w porównaniu z tamtym to pikuś.
-Coś nie tak?-zapytałam rozbawiona. Normalnie zaczęłabym się śmiać ale powstrzymywałam się.
-Uwolniłaś dziewczynę,zabiłaś trzech naszych strażników...-zaczął recytować ale mu przerwałam.
-Są beznadziejni w walce tak jak Ty i reszta-stwierdziłam-Mam dobry dzień,więc są tylko nieprzytomni-poprawiłam go-Jak zejdziecie mi z drogi to może Was nie zabiję-oznajmiłam. Schowałam miecze na swoje miejsca i zmierzyłam go wzrokiem. Wyszeptałam niesłyszalnie "Alakares" i żółte oczy powróciły. Saphiro przylatuj! Nie żeby coś ale nie chce mieć krwi na rękach niewinnych osób. Po chwili biała smoczyca wylądowała obok mnie. Pogłaskałam ją po pysku i wsiadłam na jej grzbiet. Tym razem nie było siodła ale jej kolce ciągnęły się od pyska do samego końca ogona. Jedynie na barkach nie miała kolców. Wzbiła się w powietrze i ruszyła szybko gdzieś. Przytuliłam się do jej szyi i ściągnęłam blokadę z mojej głowy. Mogła patrzeć na moje wspomnienia.












**********************************************************************************

Hejka. Kutki ale jest. Podoba Wam się?







1 komentarz:

  1. Świetny rozdział! Ale dlaczego nie było dziesiątego DZIESIĄTEGO rozdziału???
    Karolcia ;)

    OdpowiedzUsuń